piątek, 25 grudnia 2015

Świąteczny prezent od #Ivy!

Kiedyś pisałam o tym, że jestem w trakcie tworzenia specjalnego projektu i wiele osób pytało, czy uchylę rąbka tajemnicy. Nieco bałam się tak zrobić, przez co spotkaliście się z moją odmową. Jednak przyszedł taki dzień, kiedy trzeba wyjść z tym do ludzi i pokazać, że #Ivy może wszystko, dlatego też pragnę was zaprosić na (prawie) świąteczne opowiadanie mojego autorstwa!
Zanim jednak zaczniecie czytać moje bazgroły to pragnę Was uprzedzić, że to pierwsza obyczajówka z domieszką romansu, którą napisałam. Zazwyczaj specjalizuję się w mocniejszych klimatach (dystopia, antyutopia), jednak chciałam wypróbować czegoś nowego. Teraz pozostaje mi jedynie modlić się o to, abyście nie zasnęli w trakcie lektury i nie zawiedli się na tym, co otrzymaliście.
To opowiadanie dedykuję wszystkim tym, którzy wierzyli we mnie od samego początku i nadal próbują mnie nauczyć pozytywnego myślenia o samej sobie. Dziękuję za to, że jesteście i przepraszam za mój pesymizm.

Życzę przyjemnej lektury!


Odpędzić wspomnienia


Kiedy spoglądam na tłumy ludzi przepychających się między sobą, aby stanąć bliżej danego stoiska, żeby pooglądać oferowane tam ozdoby świąteczne lub domniemane prezenty pod choinkę i kupić coś, co na pewno nie będzie wykorzystane, uświadamiam sobie jedno: jastrzębianie uwielbiają przepłacać. Może działa na nich chęć zakupu czegoś jak najprędzej, by później nie robić tego na ostatnią chwilę i nie zauważają tego mezaliansu cenowego? A może sprzedawcy tak ich nakręcają, że oni, zawstydzeni swoją niewiedzą, zabierają ze sobą jakieś paskudztwo, zostawiając przy tym swoje ciężko zarobione pieniądze? Mogłabym tak wymieniać i wymieniać, bo bardzo dobrze wiem, czym śmierdzą takie jarmarki świąteczne. Powiem jeszcze jedno – sama muszę stać z towarem pośród wielu hien gotowych rozszarpać swoje ofiary i zawładnąć ich wypłatami. Tylko że ja zamiast zachęcać mieszkańców swego rodzinnego miasta to ich jedynie odstraszam.
Cała ja.
Pomogłabyś mi z tymi ostatnimi pudłami? – pyta mama, stawiając wewnątrz naszej budki kartony pełne śnieżynek robionych na drutach. – Zostały mi jeszcze aniołki i szklane bombki, przy których pomagała twoja siostra.
A jesteś tego pewna, że potrzeba tutaj tyle rzeczy? Znając życie i tak nic nie sprzedam, a ty niepotrzebnie się nadźwigasz.
Mimo założonej czapki czuję, jak mróz przenika przez jej fakturę i dobija się do mojej głowy, przez co znowu robi mi się zimno. Nos i policzki szczypią mimo nałożonego przed wyjściem tłustego kremu, który jest rekomendowany na tego typu wypadki. Dodatkowo zapomniałam rękawiczek, przez co muszę chować dłonie w kieszeniach. I jeszcze mam chodzić po tym mrozie? Mowy nie ma! Ja się stąd nie ruszam ani na krok! Chociaż pokrywa drewniaka jest otwarta i do środka wkrada się ten ziąb... Nie. Nadal jestem zdania, że chcę tutaj zostać.
W sumie masz rację – przytakuje mi, przesuwając nogą kabel od grzejnika, który daje tyle ciepła, co kot napłakał. – Jakoś nie liczę na zysk, kiedy ty będziesz obsługiwać klientów – o ile znajdą się jacyś desperaci.
Tak naprawdę nie wiem czemu się zgodziłam na to drobne zastępstwo. Nienawidzę świąt i wszystkiego, co się z nimi wiąże, a teraz jestem zmuszona odczuwać tę mdlącą atmosferę z każdej strony. A żeby bardziej uprzykrzyć mi życie to jeszcze została wybudowana scena, na której miejscowi artyści śpiewają kolędy i inne piosenki związane z Bożym Narodzeniem. Chętnie założyłabym słuchawki i załączyła swoją muzykę, ale gdybym zatraciła się w niej i nie zauważyła powrotu rodzicielki lub ojczyma to byłoby ze mną krucho. Zazwyczaj nie bywają agresywni, ale jeżeli chodzi o ich interesy... Wolę nie ryzykować.
Jak ty mnie dobrze rozumiesz!
Uśmiecham się do mamy, a ta wzdycha z rezygnacją.
Jeżeli Andrzej będzie szybciej ode mnie, to...
Teraz sobie przypominam, czemu pokiwałam twierdząco głową, gdy zostałam poproszona o bycie sprzedawczynią przez jeden dzień. Z perspektywy czasu wydaje mi się to w tej chwili nieco głupie, ale jak już dałam słowo, to muszę podjąć się wyzwania. W końcu jestem znana z tego, że zawsze dotrzymuję obietnic.
To mam mu przekazać wiadomość, że aktualnie przebywasz u Anny i pomagasz jej przy zaślinionym potworku, gdy tak naprawdę ruszasz do centrum handlowego, aby zakupić mu jakiś prezent pod choinkę. Pamiętam.
Andrzej to pierwszy mężczyzna, z jakim mama związała się po rozwodzie z człowiekiem, który w aktach widnieje jako Anny i mój ojciec. Ojczym długo zabiegał o serce Teresy Kalwat odrzucającej jego zaproszenia na kawę za każdym razem, gdy tylko ją o to pytał. Był on jednak na tyle cierpliwy, a zarazem uparty, że mama w końcu zmiękła i zgodziła się na spotkanie, chociaż kazała mu nie myśleć nie wiadomo o czym. W końcu cały czas żyła tym, że jej były mąż zostawił ją dla dwa razy młodszej od niej siksy i zamieszkał z nią wynajmowanym przez niego mieszkaniu. Mama jednak miała nadzieję, że pójdzie on po rozum do głowy i wróci do rodziny, ale kiedy tamta pannica zaszła w ciąże, to już wiedziała, że nie ma na co liczyć. Andrzej okazał się radosnym i troskliwym mężczyzną, czym kupił sobie uczucia rozwódki. Szybko zaakceptowałam go jako ojczyma, za co mama była mi wdzięczna. Wyczuwałam od niego pozytywne fluidy i nie miałam powodu, aby robić sceny godne rozkapryszonej nastolatki pokazującej, jak bardzo nienawidzi całego świata. Nawet chciałam utrzymywać normalny kontakt z „ojcem”, ale ten wyparł się całej swojej rodziny. Nie pozostało mi nic innego, jak pogodzić się z tym faktem, że tak naprawdę mnie nie kochał.
Jeżeli powiesz to w takim stylu, to powinien uwierzyć w tę bajeczkę. – Uśmiecha się do mnie, poprawiając parę szczegółów w naszej skromnej wystawie. – I pamiętaj: bądź miła dla klientów. Jeżeli jakikolwiek się zjawi, to go nie odstrasz!
Ja zawsze jestem miła.
Ręce mamy drgają, prawie strącając bombki, nad którymi pracowała z Anną do późnej nocy. Z przerażeniem wymalowanym na twarzy łapie je w ostatniej chwili, wzdychając niczym postać z kreskówki ukazana w tej samej sytuacji. Kiedy upewnia się, że wszystko jest już w porządku, posyła mi całusa.
A ja jestem bogata.
I wychodzi, zostawiając mnie samą z tym rozgardiaszem i obojętną na jej wypowiedź miną. Mam jednak nadzieję, że żaden jastrzębianin nie postanowi zepsuć moich planów i jakoś przeżyję tę całą szopkę. Wtedy oszczędzę rodzinę i nie przysporzę żadnych dodatkowych kosztów przed świętami przez mój pogrzeb. Chociaż skoro jest bogata... Żniwiarzu, przybywaj!
Rozkładam jedno z krzeseł w kącie budy, skąd mam najlepszy punkt obserwacyjny na wszystko, co się wokół mnie dzieje. Nawet dostrzegam kawałek sceny, a dokładniej to miejsce, z którego śpiewają wszyscy uczestnicy biorący udział w tej maskaradzie. Aktualnie jednak zgromadzona tam publiczność musi wysłuchiwać suchych żartów prowadzącego o wydatnym brzuchu niepozwalającym mu zasunąć kurtkę. W ten sposób daje parę dodatkowych minut dla następnego wokalisty. A najśmieszniejsze jest to, że gdyby zsumować wiek każdego z piosenkarzy-amatorzy i wyliczyć średnią, to i tak wyszłaby liczba uświadamiająca mnie, że gdybym miała z nimi występować, to traktowaliby mnie jak babcię.
Prowadzący – w końcu – przerywa robienie z siebie głupka i zaprasza na scenę uczennicę szkoły podstawowej, której jestem absolwentką. Na trzeszczące ze starości deski wchodzi przerażony rudzielec o sterczących włosach i drżących dłoniach próbujących pochwycić mikrofon podawany przez pana z pokaźnym brzuchem. Ludzie zaczynają klaskać, aby ośmielić młodą, ale to jeszcze bardziej ją peszy. Już na samym początku myli słowa piosenki z bajki „Kraina lodu”, co powinno być zakazane. Rozumiem, że stres robi swoje, ale fanki białowłosej władającej lodem i śniegiem na pewno jej tego nie darują. Może jestem wredna, lecz mnie samą denerwują takie wpadki. I za nic w świecie nikt mi nie przemówi, że spowodowała to trema. Jeżeli masz lęk przed publicznymi występami – zwalcz go, a następnie bierz się za nie.
Jastrzębianie przechodzą obok mnie, ale żaden z nich nie przystaje nawet na chwilę, aby dojrzeć, co mogę mu zaproponować. To i tak dobrze, bo przynajmniej nie muszę wychodzić spod ciepłego koca pachnącego sokiem pomarańczowym. Wcześniej obierałam nad nim ten soczysty owoc, który walczył ze mną o przetrwanie, pstrykając swym jadem. Zapewne celował w oko, ale mu to nie wyszło. Otulam się tym zapachem, pragnę czuć ten aromat przy każdym wdychaniu powietrza.
Pomarańcze to jedyny pozytywny akcent, jaki zawdzięczam świętom. Gdybym mogła, to pochłaniałabym je całymi dniami, zapominając o zwykłym jedzeniu. Kwaśne czy słodkie – nie liczy się smak, a sam fakt, że są moje i mogę je skonsumować. Najbardziej jednak ubolewam nad tym, jak mama ozdabia pomarańcze goździkami, aby w domu ładnie pachniało. Tyle zmarnowanych smakołyków...
Coś podać? – zadaję pytanie starszej kobiecie oglądającej anioły wykonane z gipsu. Opuszkami bada fakturę skrzydeł oraz twarzy wysłannika z niebios.
Dlaczego jedno skrzydło jest większe od drugiego? – Mierzy mnie gniewnym wzrokiem. – Toż to karygodne!
Zrezygnowana podnoszę się z miejsca, opatulając się mocniej kocem. Zimny wiatr szalejący na zewnątrz przemyka przez zakamarki do wnętrza budki, przez co mam wrażenie, że gdyby nie moja dodatkowa ochrona to zapewne zamieniłabym się w sopel lodu.
Najwyraźniej ten anioł musiał często zawracać, dzięki czemu dorobił się większych mięśni.
Jest pani bezczelna – starsza pani naskakuje na mnie, wyciągając spod pachy skrywaną tam laskę. – Taka młoda, a zero szacunku dla starszych. – Zaczyna groźnie wymachiwać kawałkiem drewna.
Ze znużeniem przyglądam się gipsowej figurce, aby dostrzec to, co zdaniem kobiety nie powinno mieć zdarzenia. Mrużę oczy i dopiero odkrywam mankament biednego anioła. Jedno skrzydło jest minimalnie większe od drugiego, co ciężko zauważyć za pierwszym razem. A jednak zostało wykryte.
I jeszcze życzycie sobie za to coś dziesięć złotych? Zdzierstwo w biały dzień! Ja bym nawet pięciu nie dała.
Nie musi pani go kupować – mówię spokojnym głosem. – Zapewne znajdzie się kupiec, który nie będzie zwracał uwagi na takie bzdury.
Tymi słowami przelewam czarę goryczy, bo starsza pani zaczyna po mnie krzyczeć. Z tego słowotoku wyłapuję co jakiś czas terminy powodujące, że więdną mi uszy. Jeszcze nigdy nie słyszałam tak wielu przekleństw wypowiedzianych podczas monologu. Oj, coś czuję, że kobieta będzie miała z czego się spowiadać przed świętami.
Opowiem o was swoim koleżankom! Żadna nie zrobi u was zakupów! – Uderza laską o ladę, prawie zrzucając nieszczęsnego anioła. – Żegnam!
Życzę miłego dnia! – krzyczę za nią, ale nie uzyskuję już odpowiedzi.
Mama opowiadała mi, że czasami trafiają się trudni klienci, lecz nie spodziewałam się, iż przyjdzie mi się zmierzyć aż z tak trudnym przypadkiem. Nie rozumiem ludzi, którzy nic nie kupują, a jedynie wyszukują powodów do kłótni. Zapewne to jeden z chwytów kupujących wymuszający na sprzedawcy sprzedaż produktu w znacznie zaniżonej cenie. Nie wszyscy handlowcy potrafią zmierzyć się z tego typu wyzwaniami, więc łatwo wejść im na głowę. Ta babcia miała pecha, że trafiła właśnie na mnie.
W przeciągu kolejnej godziny nie nadarzają mi się już takie akcje. Owszem – podchodzą zaciekawieni jastrzębianie, oglądają wszystko, ale kiedy nasze spojrzenia krzyżują się, to odchodzą i tyle ich widziałam. Czyżby moje czarne jak smoła oczy odstręczały ludzi? A może to wina czerwonych kosmyków wydobywających się spod czapki?
Już prawie przyzwyczajam się do spokoju, kiedy następuje przełom.
Poproszę dwie bombki przyczepione do jednej wrednej choinki, którą niestety muszę zakupić w pakiecie wraz z nimi.
Odwracam głowę w stronę, skąd dochodzi znajomy głos. Bardzo szybko napotykam intensywną zieleń oczu oraz piaskowej barwy grzywę wychodzącą spod czapki świętego Mikołaja. Usta chłopaka są rozciągnięte w uśmiechu, a w jednym z policzków normuje się dołek.
Adam. Mój najlepszy przyjaciel, a zarazem lubujący się w buraczanych kwestiach wariat.
Czy to jakaś aluzja do mojej seksownej zielonej kurtki? – Unoszę brew, jednocześnie zrzucając z siebie nagrzany koc.
Nie, skądże! Wyglądasz w niej jak milion dolarów! Dosłownie!
Czasami mam ochotę pacnąć go z jakiegoś ciężkiego przedmiotu, ale za każdym razem nie mam takiego pod ręką. Czuję się taka pokrzywdzona.
Przypuszczam, że ta czapka za mocno przyciska ci czaszkę i wprowadza nieodwracalne zmiany w twoim mózgu, którego istnienia tak naprawdę nie potwierdzono.
Adam poprawia grzywkę wpadającą mu do oczu, przyciskając ją za pomocą czapki.
Nie obrażaj jej! – Grozi mi palcem schowanym pod rękawiczką. – To część mojej misji i jeżeli nie wypełnię tego punktu, to nie będę mógł jej kontynuować.
Składam krzesło i odrzucam je w kąt, nie przejmując się tym, że mogłam je połamać. Podchodzę do lady i opieram się na niej łokciami, podkładając pięści pod brodę.
A jak się zwie ta misja? – pytam zaciekawiona.
Adam pochyla się nade mną, rozglądając dyskretnie na boki. Zachowuje się tajemniczo, ale ja i tak wiem, że to tylko gra. Marny z niego agent.
Kupienie prezentu dla Kacpra. Rodzice nie mają czasu, a ja tymczasowo szukam roboty, więc...
Kacper to młodszy brat Adama, który mimo swojego wieku jest znacznie mądrzejszy od chłopaka stojącego naprzeciw mnie. Nieraz zaskakuje dorosłych swoimi przemyśleniami, jednak nadal pozostaje jedenastoletnim dzieciakiem, więc szansa poślubienia go jest marna. Poza tym już raz mi powiedział, że nie mogłabym być jego żoną, bo przyjaźnię się z jego bratem, co mi poważnie zaszkodziło. Ponoć przejęłam wiele głupich nawyków od Adama, o czym nawet nie miałam pojęcia, ale jeżeli to mnie zdyskwalifikowało w jego oczach, to naprawdę dzieciak ma wysokie wymagania względem kobiet. Już współczuję jego przyszłej dziewczynie. O ile nie poczeka, by się urodziła i wtedy sam ją sobie wychowa na ideał.
Więc służysz jako sługus świętego brodacza?
Coś w tym guście.
No to załapałeś lepszą fuchę ode mnie. Gratuluję!
Adam jak gdyby nic okrąża drewniane więzienie i ładuje się do środka, aby stanąć obok mnie. Odkłada torbę z logo dobrze znanego mi sklepu z zabawkami, a po chwili mierzy wzrokiem moje zaczerwienione od mrozu palce, aż w końcu, zrezygnowany, oddaje mi swoje rękawiczki. Wdzięczna za ten uczynek całuję go w policzek i natychmiast wycieram ślad błyszczyka pozostawiony na nim. Nieważne, że robię to rękawem. Liczy się fakt, że się dla niego poświęcam.
Gdybym wiedział, że tak zareagujesz, to zrobiłbym to wcześniej.
Pokazuję mu język i ponownie chowam dłonie, aby nie kusić losu. Wiem, że on jest zdolny do tego, aby mi ściągnąć rękawiczki i wręczyć ponownie, próbując przetestować nowo poznaną technikę przydzielania buziaków. Nie wie on jednak tego, iż tym razem dostałby świątecznego liścia.
Nie licz na cuda. Nawet jemioła jest przeciwko tobie. – Wskazuję palcem wiązkę, która wisi z dala od nas. – Więc nici z kolejnych gratisów.
W ramach odpowiedzi pstryka mnie w nos, co automatycznie wywołuje u mnie nieprzyjemne uczucie przenikającego przez twarz prądu. Nie znoszę tego.
Czasami mam wrażenie, że twoja mama nie potrafi wykorzystać do końca potencjału, jaki w tobie drzemie... – próbuję mu przerwać, ale ten unosi dłoń w geście, abym tego nie robiła. Posłusznie zamykam usta, zaciskając je z siłą imadła. – Twój czerwony nos aż się prosi o to, byś raz do roku przywdziewała strój renifera i zachęcała swoją atrakcyjną osobą tłumy kupujących. Może wtedy sam bym się skusił na parę ozdób na choinkę? – Puszcza do mnie oczko, a ja prycham.
A ja mam wrażenie, że jedyną kulturę, jaką posiadasz, to kulturę bakterii...
Młode małżeństwo bacznie obserwuje swoje dziecko siedzące wygodnie w zdalnie sterowanym przez nich samochodzie. Maluch sprawia wrażenie szczęśliwego, jednak mina mężczyzny mówi coś znacznie innego. Zapewne na ten gadżet poszła prawie cała jego wypłata, ale czego się nie robi dla swojej jedynej pociechy. Natomiast kobieta wskazuje palcem na scenę, gdzie występuje trio złożone z dwóch dziewczynek i chłopca, śpiewające nierówno „Coraz bliżej święta”, piosenkę znaną głównie ze specjalnej w tym okresie reklamy napoju gazowanego psującego zęby. Zapewne jej też nie podoba się ta aranżacja.
To może dlatego w liceum dostałem ksywę Jogurt? – zastanawia się głośno, a ja nie wytrzymuję i parskam śmiechem. Po chwili dołącza do mnie Adam, przez co zostajemy obrzuceni zdziwionymi spojrzeniami tego małżeństwa, które wcześniej obserwowałam.
Trio kończy swój występ i na scenę wchodzi ponownie rudowłosa dziewczynka, ale tym razem robi to pewniej. Od razu widać, że pozytywny odbiór ludzi przysłuchujących się występom nieco ją ośmielił. Ochoczo sięga po mikrofon podany przez chłopca, a jej głos roznosi się po całym jarmarku wraz z kolejnymi słowami jednej z trudniejszych kolęd. Nawet ja łapię się na tym, że zaczynam ją nucić, chociaż gdyby ktoś się przysłuchał, to nigdy nie odgadłby, co mruczę pod nosem. Od zawsze byłam beztalenciem w tej dziedzinie i raczej nigdy się to nie zmieni.
Kiedy słucham tej małej to przypomina mi się moment, kiedy musieliśmy śpiewać kolędy na ocenę. Skończyło się na tym, że nauczycielka musiała wziąć specjalne specyfiki na uspokojenie się, a my mieliśmy jedno zaliczenie mniej. Po prostu nie spodziewała się ogromnej kreatywności z naszej strony, gdy zaczęliśmy śpiewać wszystkie znane nam przeróbki kolęd. A jako że kobieta cierpiała na nadwrażliwość artystyczną, to nasz mini koncert doszczętnie zniszczył jej psychikę.
Przypominam sobie średniego wzrostu o anemicznych kształtach panią Drut, która robiła znak krzyża za każdym razem, kiedy wywoływała mnie na środek sali, abym zaśpiewała zadaną tydzień wcześniej przez nią piosenkę. Na początku nie rozumiałam o co jej chodzi, lecz z czasem oświecono mnie, że to jedno z wielu dziwactw nauczycielki muzyki. O wielu innych uświadomiła mnie starsza siostra, która przecierała mi szlaki w podstawówce, jak i później w gimnazjum. Dopiero w liceum przestano mnie pytać, czy jestem spokrewniona ze słynną Anną Kalwat – dziewczynką o nieprzeciętnym talencie plastycznym oraz chłonnym niczym gąbka umyśle. Świadczyły o tym jej wyniki w nauce, kiedy u mnie było sukcesem, gdy na świadectwie nie było ani jednej dwójki. Po prostu byłam totalnym przeciwieństwem swojej idealnej siostry, co podkreślano na każdym kroku. A przynajmniej ja miałam takie wrażenie.
A widziałam ją ostatnio, jak matka wymusiła na mnie wspólne wyjście do fryzjera. – Aby zająć ręce zaczynam przekładać bombki do plastikowego pudła, aby zrobić jeden pakiet i dać go w obniżonej cenie. Mam nadzieję, że ludzie docenią moje starania, bo nie znoszę tego, gdy brokat osiada na moich palcach, a ja nie potrafię się go pozbyć. Dobrze, że tym razem mam rękawiczki, ale znając życie one mi nie pomogą. – Udawała, że mnie nie zna, a kiedy odwracała głowę zauważyłam u niej aparat słuchowy.
Jednak znalazł się ktoś, kto do końca popsuł jej drogocenny słuch!
Najwyraźniej tak. – Kiwam głową, jednocześnie doklejając cenówkę na opakowaniu. – Ale żałuję, że fryzjerka nie ucięła jej tego zdrowego ucha.
Adam uśmiecha się do mnie niczym słynny kot z Alicji w Krainie Czarów, a w jego śnieżnobiałych zębach odbija się światło z lampek choinkowych ozdabiających tę drewnianą budę, w której muszę urzędować. Wygląda to strasznie i niezbyt pasuje do tej świątecznej otoczki. Przypomina raczej jedną z potwornych scen z horroru, gdzie mężczyzna postanowił pożywić się swoją lubą, bo głód powoli go wykańczał. Później ukazano ujęcie, gdzie z jego zębów sączy się krew ukochanej, a nowonarodzony kanibal rozgląda się nerwowo, przysłuchując się hałasom zza okna. To był chyba najgorszy film, jaki obejrzałam podczas nocowania w szkole. Ale przynajmniej byłam jedyną dziewczyną, która nie zwymiotowała podczas niecodziennej konsumpcji.
Jaka ty jesteś życzliwa – mówi chłopak, bawiąc się serwetkami. – Normalnie wzór cnót! Twoja mama byłaby z ciebie dumna!
Z czego byłabym dumna?
Jak jeden mąż podskakujemy, kiedy tuż obok nas wyrasta nie wiadomo skąd mama, która rzuca nam podejrzane spojrzenia. Mimo tylu lat przyjaźni między mną i Adamem jeszcze nie przywykła do naszych dziwnych rozmów. Nawet raz dostałam burę za to, że nie zachowuję się tak, jak na damę przystało. Później przez cały tydzień musiałam nosić za karę różową sukienkę z falbankami, która zakończyła swoją karierę jako ekskluzywna szmata do podłogi, co też nie uszło mi płazem. To była szósta klasa podstawówki, a ja do dzisiaj pamiętam spojrzenie dziewczyn śmiejących się z moich poobijanych kolan i świeżych blizn powstałych po spontanicznym wypadzie na działki, gdzie zaplątałam się w ogrodzenie jednej z nich.
Dzień dobry, pani Kalwat. – Adam łapie za pompon z czapeczki i kłania się jej niczym królowej. Robi tak odkąd zatrudniła go w zeszłoroczne wakacje do sprzedaży truskawek, aby mógł dorobić sobie do zakupu lepszego komputera. – Jakże pięknie pani wygląda w tym białym płaszczyku. Idealnie podkreśla on...
Już się tak nie podlizuj – przerywam mu. – I tak ci to nie wychodzi.
Ewa, zachowuj się – mama ofukuje mnie, a po chwili posyła słaby uśmiech w kierunku Adama. – Przepraszam za moją córkę i bardzo dziękuję za komplement, chociaż miałam nadzieję, że dosłyszę końcówkę, kiedy ci tak brutalnie przerwano.
Rodzicielka odwraca się do nas plecami, a chłopak wykorzystuje moment, aby pochylić się ku mnie. Palcem nakazuje mi się przybliżyć, a gdy to robię, szepcze mi do ucha.
Ja tutaj próbuję załatwić ci przepustkę, a ty wszystko psujesz.
Dla mnie to nic nowego – odszeptuję mu. – Jeszcze do tego nie przywykłeś?
Odsuwam się od chłopaka i podchodzę bliżej mamy.
I jak tam buszowanie po sklepach? Wypatrzyłaś coś ciekawego?
Adam ściąga mi z dłoni rękawiczki, mrucząc pod nosem o tym, że będzie się świecić niczym choinka, kiedy ja nadal nie uzyskuję odpowiedzi. Ponawiam pytanie i dopiero wtedy mama zwraca na mnie swoją uwagę.
Było parę koszul, których krój spodobałby się Andrzejowi, ale ich cena tak mnie przeraziła, że aż upuściłam portfel z wrażenia.
Kiwam głową, rozumiejąc aż za dobrze ten problem. Ostatnio byłam na zakupach w sklepie, tak zwanym „chińczyku”, gdzie za parę zwykłych jeansów śpiewali sobie ponad pięćdziesiąt złotych, chociaż ich jakość wskazywała na to, że ponoszę je z tydzień i już się rozpadną. A skoro w takich miejscach wymagają tylu pieniędzy, to co dopiero widnieje na zawieszkach przy towarach w markowych sklepach?
To gdzie ty chciałaś je kupić?
Podaje mi nazwę butiku, a Adam, po usłyszeniu jej, aż gwiżdże z wrażenia. Ja natomiast łapię się za głowę.
Nie dziwię się, że upuściłaś ten portfel, skoro tam nawet zwykłe sznurówki kosztują tyle, co dobrej jakości skarpety.
Odłączam grzejnik od prądu, bo i tak jego działanie nie jest warte marnowania prądu. Odstawiam go na bok, żeby nie zawadzał, ale i tak Adam prawie się o niego przewraca. Uderza we mnie tym swoim kościstym ciałem, a ja czuję, jak coś wpija mi się w pośladki, co mnie zaczyna boleć.
Wygodnie ci? – Próbuję go odepchnąć, ale nie mam na tyle siły, by to zrobić.
Mogłoby być wygodniej, gdybyś nabrała nieco ciałka.
Ciągnę go za grzywkę, a jego twarz zdobi grymas bólu.
To było pytanie retoryczne. Złaź!
Posłusznie wykonuje moje polecenie, a ja dostrzegam, że mama cały czas się nam przygląda. Zapewne gdybym mogła, to zaczerwieniłabym się jeszcze bardziej, ale jest już to niemożliwe. Rodzicielka wykorzystuje moment nieuwagi Adama i puszcza do mnie oczko, a ja jęczę zrezygnowana. Czy ona naprawdę myśli, że między mną a chłopakiem mogłoby zaiskrzyć? Wybacz mamo, ale minął czas, kiedy wierzono w takie cuda.
Sprzedałaś coś, gdy mnie nie było?
Próbuję przypomnieć sobie wszystkie zdarzenia, jakie wydarzyły się, gdy zostawiła mnie tutaj samą. Analizuję każdy swój ruch, który udało mi się wykonać, jednak to wszystko na darmo, bo mama zna już odpowiedź.
Dobra, widzę że przy tobie ten interes jedynie podupada. Jesteś niczym czarny kot przebiegający drogę! – Wypycha mnie w stronę drzwi. – Najlepiej będzie jak weźmiesz swojego przyjaciela i...
Uciekniecie do Las Vegas, aby wziąć potajemny ślub w strojach Adama i Ewy z Raju? – pyta chłopak, a mama kręci głową. – Czyżbym stracił jakieś punkty u pani?
Łapię Adama za rękę i oboje lądujemy na zewnątrz. Słyszymy za sobą trzaśnięcie drzwiami, a po kilku sekundach do naszych uszu dociera dźwięk przekręcanego zamka. Ona naprawdę wierzy w to, że ja jej przynoszę pecha.
Po tym, co mi zrobiono, nawet nie mam ochoty podchodzić do mamy i życzyć jej udanych łowów w postaci chętnych na trwonienie pieniędzy jastrzębianina. Zostałam wyrzucona w dość przykry sposób, chociaż nie mogę powiedzieć, że o tym nie marzyłam. Chciałam się stąd wyrwać za wszelką cenę i właśnie mi się to udało. Powinnam być z siebie dumna, ale czuję, że kolejny raz ją zawiodłam.
Jestem życiowym beztalenciem.
Co powiesz na ucieczkę z tego chorego jak diabli miejsca?
Otrząsam się szybko, aby nie zauważył, że ta wcześniejsza scena mnie zabolała. Jak na zawołanie przybieram opanowany wyraz twarzy i mówię bez zastanowienia:
Jestem na tak.




Jar Południowy wieczorową porą zbytnio nie zachęca do spacerów, jednak ja uparcie zadecydowałam o tym miejscu. Tak naprawdę nie wiem, co mnie podkusiło, żeby wypowiedzieć tę nazwę. Możliwe, że chciałam jak najszybciej oddalić się od jarmarku i tych ludzi doprowadzających mnie do depresji i wspomniałam o naszym starym placu zabaw, gdzie za młodu dokazywaliśmy niczym źrebięta na pastwisku. Dzisiaj wszystko wygląda całkiem inaczej, ale nadal pamiętam roślinność robiącą za naszą bazę.
Stare latarnie wytwarzają atmosferę grozy, gasnąc za każdym razem, kiedy pod nimi przechodzimy. Zapalają się dopiero parę sekund później, jak jesteśmy z dala od nich. Na jednej z licznych ławek siedzi zaniedbany starszy mężczyzna zadowalający się towarzystwem swej procentowej znajomej chlupoczącej w szklanej butelce. Raz za razem delektuje się nią, całkowicie zapominając o całym świecie. Pijak jest tak zaabsorbowany trunkiem, że nie zauważa potencjalnych celów w naszych osobach, aby wysępić parę groszy na „chleb i wędlinkę”, gdy tak naprawdę poleciałby do najbliższego sklepu po kolejną płynną koleżankę, kiedy tylko znikniemy mu z pola widzenia. A może tak wtopiliśmy się w tło, iż poczciwy staruszek nie zarejestrował naszej obecności? Chociaż moja kurtka jest widoczna już z daleka... Może lepiej nie wnikać w szczegóły.
Po paru minutach przechadzki odnajdujemy w miarę spokojne miejsce i siadamy na ławce otoczonej drzewami. Nie jest to bezpieczne rozwiązanie, ale czuję się odizolowana od reszty świata. Wcześniejsze wrażenie pętli zaciskającej się na szyi zniknęło i, w końcu, mogę odetchnąć pełną piersią. Rozkoszuję się tym uczuciem.
Jak dobrze odzyskać wolność. – Na potwierdzenie tych słów udaję, że ściągam z nadgarstków kajdanki i wyrzucam je za siebie. Nawet próbuję wydobyć z siebie dźwięk imitujący uderzenie metalu o drzewo. Bezskutecznie. – Czułam się tam, jakby mnie skazano na dożywocie za molestowanie seksualne renifera z zaprzęgu świętego Mikołaja!
Zgwałciłabyś jednego ze swoich braci? Niemożliwe!
Znowu zaczynasz? – jęczę zirytowana. – Wcale nie przypominam Rudolfa!
Musiałam zrobić naprawdę okropną minę, bo Adam wybucha niekontrolowanym śmiechem, prawie spadając z ławki. Jednak nie jest to spowodowane jego spazmami, a moim prawie udanym zepchnięciem go z niej. Gdybym miała nieco więcej siły, to na pewno siedziałby teraz w jednej z kałuż, które nas otaczają z każdej możliwej strony. Szkoda, że się nie udało. Przydałaby mu się taka zimna kąpiel.
No jak nie, jak tak? Spójrz na swój nos. – Podtyka mi pod niego telefon, który służy teraz jako lusterko. – Mam ci odnaleźć w internecie zdjęcie Rudolfa i zagrać z tobą w „znajdź pięć różnic”?
Zgrzytam zębami. Wiem, że moja dentystka znowu będzie na mnie wrzeszczeć za ten okropny nałóg, ale co ja poradzę, iż nie umiem się go pozbyć? Od zawsze tak reaguję, kiedy ktoś mnie zirytuje, więc ciężko jest przestać tego nadużywać.
Nie denerwuj się – złość piękności szkodzi.
Mi już nic nie zaszkodzi.
Przyglądam się trawie rosnącej naprzeciw nas, na której nie ma ani grama śniegu. Za to codziennie pogoda obdarowuje nas opadami deszczu i wiatrem prawie urywającym głowy. Zapewne tegoroczne święta będą takie same jak zeszłoroczne – każdy będzie chciał lepić bałwany z błota. Nawet sam Adam podłapał ten pomysł, a kiedy odmówiłam – zostałam wysmarowana brązową mazią przypominającą coś nieprzyjemnego. Na szczęście błoto ma inne efekty zapachowe, co mnie uradowało.
Teraz to ja bym go chętnie wysmarowała błotem, ale nie mam zamiaru mazać rąk specjalnie po to, by mu zrobić na złość. Ma więcej szczęścia niż rozumu.
Gdyby człowiek nie spoglądał na kalendarz to nie uwierzyłby, że już mamy grudzień. – Adam zmienia temat. – Jeszcze parę lat temu o tej porze było biało od śniegu, a teraz... – wzdycha.
Ja nawet nie muszę patrzeć na kalendarz, by wiedzieć, że jest grudzień. W moim domu już od początku listopada jest o nim tak głośno, że aż pęka głowa!
Ktoś mógłby uznać, że przesadzam, jednak mieszkając z rodziną związaną od lat z handlem sezonowymi ozdobami to naprawdę ciężko uciec od tego wszystkiego. Produkcja zaczyna się już w miesiącu poprzedzającym dane święto i każda para rąk jest mile widziana. Nawet ja sama kiedyś pomagałam, ale gdy moje „zdolności” więcej szkodziły, postanowiono mnie od tego odseparować. Byłam jedynie użyteczna przy wymyślaniu życzeń, bo nikt inny nie miał do tego głowy. Dopiero od tamtego roku zaczęto wykorzystywać oklepane wierszyki z jednej strony internetowej, a ja jakby odeszłam na twórczą emeryturę. To nawet dobrze, bo ostatnio nie mam do tego weny.
Pamiętam, jak siedzieliśmy u ciebie w kuchni i robiliśmy anioły z masy solnej. Jak były w stanie surowym, to jeszcze jakoś wyglądały, a gdy już zostały wypieczone...
Przypominały krzyżówkę Samary z Ringu, pawiana i kosmity. Byłyby idealne na Halloween, ale nieco się spóźniliśmy.
Zbilibyśmy na nich fortunę!
Przyciągam kolana do klatki piersiowej i oplatam je ramionami, żeby podeszwy butów nie ślizgały się na ławce. Zapewne ryzykuję takim siedzeniem, bo gdy napatoczą się strażnicy miejscy i mnie dostrzegą, to zostanę obdarowana soczystym mandatem. Już mam jeden na koncie.
O ile ktoś by je kupił – stwierdzam.
Adam rzuca mi gniewne spojrzenie.
Uwierz mi – rzuciliby się na nie jak na świeże bułki.
Skoro tak twierdzi.
Proponuję zmianę posiedzenia, na co Adam przytakuje bez szemrania. Najwyraźniej nie tylko mi znudziła się ta sceneria. Nasz wybór padł na plac zabaw, który o tej porze jest opustoszały i nikt nie przeszkodzi dwójce wyrośniętych dzieci w huśtaniu się i korzystaniu ze zjeżdżalni, gdzie jak na niej siadamy, to nasze nogi zajmują ¾ długości. Ale to i tak nie przeszkadza nam w dobrej zabawie.
Mokry piasek chrzęszczy pod stopami, kiedy przemierzam skrótem poprzez piaskownicę. Zgrabnie wymijam pozostawione przez jakiegoś brzdąca foremki, gdy mój towarzysz bez pardonu przechodzi sobie po nich. Przewracam oczami. Mogłam się spodziewać, że ich nie oszczędzi. Cały on.
Nie mogłeś sobie darować, prawda? – pytam.
Adam nie odpowiada. Jest zbyt zajęty maltretowaniem plastikowych zwierzątek, które teraz nadają się jedynie do wyrzucenia. Zapewne ktoś będzie miał niespodziankę z rana, gdy przyjdzie po swoją własność, a zastanie taki widok.
Nie mogłeś...
Zajmuję ukochaną huśtawkę, łapiąc za przemarznięte łańcuchy. Czuję, jak przyklejają się do skóry, ale szybko znika ten dyskomfort. Macham w powietrzu nogami, jednak co chwilę haczę nimi o piasek. Rozsypuję go przed i za siebie. Udaje mi się nawet nim trafić w Adama podążającego w moją stronę.
Nie przypominam sobie, abym zamawiał babkę piaskową. – Wypluwa szczerk, pocierając język rękawiczką. Aż mi się robi niedobrze. – I na dodatek surową!
Ranisz mnie tymi słowami! A ja tak się starałam! – Udaję, że płaczę, wycierając wyimaginowane łzy. – Ty nigdy mnie nie doceniasz!
Adam łapie za łańcuchy, a huśtawka momentalnie przestaje się kołysać. Moje kolana uderzają z precyzją o jego nogi, na co reaguję jękiem. Jak wcześniej wiedziałam, że jest kościsty, tak po raz kolejny odczuwam to na sobie. I pomyśleć, że to on mnie chce tuczyć jak prosię, kiedy on powinien przybrać na wadze.
Jeżeli miałabyś tak dla mnie gotować, to chyba żywiłbym się jedynie zupkami chińskimi. Zabiłyby mnie, ale nieco później. – Szczerzy zęby, jednak kiedy zauważa, że mnie to nie bawi, rzednie mu mina. – Hej, ja tylko żartowałem!
Schodzę z huśtawki, próbując wyminąć Adama. Pech chciał, że żeby to zrobić muszę stanąć twarzą w twarz z chłopakiem. Ocieram się o niego, na co jego ciało się spina. Próbuję ukryć triumfujący uśmiech, jednak marnie mi to wychodzi. Nie dość, że jestem marną handlarką to na dodatek aktorką.
Osz ty mała żmijo!
Rzuca się na mnie, a ja próbuję mu uciec. Niestety potykam się o własne nogi, przez co bardzo szybko wpadam w jego ramiona. Jakimś cudem wymykam z nich, upadając twarzą w piasek. Mokre drobiny wpadają mi do nosa i ust, prawie się nimi krztuszę. Teraz rozumiem, czemu Adam tak narzekał. Piasek jest okropny! I pomyśleć, że jak byłam mała to jadłam go jak szalona. Gdyby nie interwencje mamy to zapewne wyjadłabym całą piaskownicę.
Przewracam się na plecy, śmiejąc się z własnego kalectwa. Już się nie przejmuję tym, że będę cała umazana. To nie ma sensu.
Nic ci nie jest? – Adam pochyla się nade mną z zatroskaną miną. Bez ostrzeżenia pociągam go za rękaw kurtki, a chłopak traci równowagę. W ostatniej sekundzie zmienia tor lotu i upada obok mnie. – Zwariowałaś?
Już dawno, a ty powinieneś o tym wiedzieć!
Z nieba zaczyna lecieć coś mokrego. Z początku mam wrażenie, że to znowu deszcz i wydaję jęk zawodu. W tym tygodniu pada po raz szósty, a patrząc na to, iż dzisiaj jest sobota, to mówi samo za siebie. Jednak dopiero po ujrzeniu białej mazi osiadającej na grzywce odkrywam, że mamy do czynienia ze śniegiem. Niemożliwe stało się możliwe! Brawa dla pogody! Oby sypało jak najdłużej – wtedy nie będę musiała wysłuchiwać marudzenia mamy.
Śnieg! – Mój towarzysz także zauważa biel kołyszącą się nad nami w powietrzu. Nawet wystawia język, aby złapać nieco płatków. I kto tutaj zwariował? – Kolego, jak ja cię dawno nie widziałem!
Adam jest prawdziwym przykładem tego, że mężczyzna dojrzewa do dwunastego roku życia, a później już tylko rośnie. Czasami wystarczy drobnostka, aby mógł powiedzieć, że jest zadowolony z życia. Sama chciałabym czerpać radość z takich błahostek i strasznie mu tego zazdroszczę. Jeżeli komuś kiedykolwiek wydawało się, iż sama tak się zachowuję to od razu mówię – to tylko iluzja tkana przez wyobraźnię innych.
Ciekawe, co powiedziałby Kacper, gdyby zobaczył nas w tym momencie – zastanawiam się na głos. – Długo by mówił, że jesteśmy niepoważni i nasze IQ jest bliskie zeru?
Zapewne tak, ale ja i tak wiem, że sam chętnie by do nas dołączył, ale jego duma by mu na to nie pozwoliła.
Biedny Kacperek... – wzdycham, a po chwili oboje wybuchamy śmiechem.
Kiedy śnieg jakimś cudem nie roztapia się i osiada na wilgotnej powierzchni dostrzegam szansę, że może cuda się zdarzają i w tym roku będą białe święta. Zapewne uszczęśliwi to moich siostrzeńców pragnących ulepić igloo.
O czym tak myślisz? – Adam obraca się na bok i podpiera głowę ręką, aby lepiej mnie widzieć. Jego zielone oczy aż iskrzą z podniecenia.
Przebiegła mi przez głowę taka myśl, że można by było jakoś uczcić to, iż być może straci się ta jesienna plucha. Co ty na to?
Chłopak drapie się po brodzie wolną dłonią, analizując moją propozycję. Mam jednak nadzieję, że nie wymyśli niczego głupiego, jak to on ma w zwyczaju. Już raz prawie wylądowaliśmy na komisariacie policji, a uratowało nas jedynie to, że byliśmy trzeźwi i nie reagowaliśmy agresywnie na sugestie stróżów prawa. Niestety przyjemność nocowania w sterylnych warunkach zafundował sobie nasz przyćmiony promilami kolega wykrzykujący obraźliwe słowa w kierunku policjantów. Od tamtego incydentu nie utrzymujemy kontaktów. Jakoś nie jest mi przykro z tego powodu. I nie wydaję mi się, aby Adam też za nim tęsknił.
A przyszedł mi do głowy pewien pomysł, tylko obawiam się, że możesz mnie za niego zabić – stwierdza tajemniczo, a mi włosy stają dęba. Co on kombinuje?
Jeżeli nie ma w nim żadnego skakania po garażach czy rzucania w ludzi zgniłymi jajkami z balkonu to powiedzmy, że być może przeżyjesz.
Adam przybliża dłoń do mojego policzka, a ja zapominam, jak się oddycha. Przecież jemu może chodzić o to, że mam coś na nim i chce mi to zetrzeć. Albo próbuje za niego złapać i nieco nim poszarpać, do czego jest zdolny. To skąd u mnie taka dziwna reakcja?
Skreśliłaś z listy wszystkie możliwe zabawy! – Udaje urażonego. – Ale do głowy przyszedł mi jeszcze jeden pomysł!
Nawet nie zdążam zapytać, co mu chodzi po głowie, kiedy przysuwa się do mnie, a jego ciepłe wargi łączą się z moimi. Zaskoczona całą sytuacją nawet nie wiem, jak mam zareagować. Czuję, jak napiera na mnie ciałem, jakby chronił się przed moją możliwą ucieczką. W powietrzu unosi się zapach naszych perfum, łączą się w nieprzyjemną mieszankę, przez co mam wrażenie, jakby miały mi wybuchnąć nozdrza. Dopiero po paru sekundach oddaję pocałunek i czuję, jak Adam się uśmiecha. Nie wie on jednak, co dla niego przygotowałam. Nie spodziewa się tego, co zaraz nastąpi.
W najmniej spodziewanym momencie gryzę go w wargę, a ten jęczy z bólu. Wykorzystuję fakt, że odsuwa się ode mnie i podnoszę się, aby być z dala od niego. Otrzepuję ubrania ze śniegu i piasku i dostrzegam plamy na jeansach, które dopiero dzisiaj założyłam. Poza tym czemu ja się teraz przejmuję takimi bzdurami?
Co to miało być!? – krzyczę na chłopaka. – Czyż ty do reszty zwariował?
To, czego przed chwilą doświadczyłaś, potocznie nazywamy pocałunkiem. Nikt ci o nim nie opowiadał? – pyta z drwiącym uśmieszkiem na ustach, który mam ochotę zdrapać paznokciami, za którymi zauważam brokat z jarmarku. – I nie powiesz mi, że nie widziałaś tego na filmach bądź nie czytałaś o tym w swoich książkach. Poza tym... od jak dawna jesteś kanibalem? Myślałem, że mi ją odgryziesz! – palcem wskazuje na przeciętą wargę, gdzie obok rany zbierają się krople krwi.
Zaciskam dłonie w pięści, ostatkiem sił powstrzymując się przed uduszeniem swojego najlepszego przyjaciela. Jak on mógł mnie pocałować? Przecież przyjaciele nie robią takich rzeczy! Owszem, spędzają ze sobą czas, wymyślając coraz to głupsze sposoby na zabicie nudy, ale nikt mi nie powie, że tyczy się również tego, do czego doszło przed chwilą.
Jestem wściekła na Adama, ale jakaś cząstka mnie mówi, że na to czekałam od wielu lat. Próbuję ją zagłuszyć, jednak za każdym razem ta myśl uderza we mnie mocniej, przez co prawie ścina mnie z nóg. Muszę złapać się belki, żeby się nie przewrócić.
Nawet nie wiesz, jak długo czekałem na ten moment! – Przez ten mętlik w głowie nawet nie zauważam, kiedy Adam ponownie jest blisko mnie i trzyma moją dłoń. – Ewa, kocham cię i nie zamierzam tego dłużej ukrywać. Nawet nie wiesz, jak było mi ciężko dusić to w sobie i udawać przed tobą.
Próbuję skomentować jego wypowiedź, jednak każdy zamysł zdania grzęźnie mi w gardle, prawie mnie krztusząc. Nawet nie jestem w stanie wyrwać dłoni z jego uścisku, bo ciepło bijące od niego działa na mnie kojąco i denerwująco zarazem. To niedorzeczne, jak sprzeczne ze sobą emocje potrafią uprzykrzyć człowiekowi życie. Ta wewnętrzna walka nie skończy się, póki jedna ze stron nie da za wygraną. A ja nawet nie widzę środka tej mini wojny.
A pomyślałeś o tym, co może się stać, kiedy nie uda nam się stworzyć normalnego związku i rozstaniemy się w gniewie? Co z naszą wieloletnią przyjaźnią? Wiesz, że w tym momencie może ona zostać skreślona?
Ewa, spójrz na mnie. – Unosi mój podbródek. Gdy nasze spojrzenia krzyżują się zauważam w jego oczach ból, a zarazem troskę o mnie. Widziałam to już wiele razy, ale nie mogłam skojarzyć faktów. Czy ja naprawdę jestem taka ślepa? – Tak, myślałem o tym, jednak stwierdziłem, że nie mogę pozwolić ci uciec. Dzielnie znosiłem każdy twój związek, ale teraz nie byłbym w stanie znieść jakiegokolwiek faceta obok ciebie. Może jestem samolubny, jednak pragnę mieć cię przy sobie nie tylko od święta. Nie mogę pozwolić, abyś kogoś poznała i by ten ktoś skradł mi cię na zawsze.
To trzeba było wykupić mnie od mojej mamy i zrobić ze mnie swoją niewolnicę. Wtedy byłabym twoją własnością i miałbyś mnie na zawsze – prycham.
Adam uderza z całych sił w belkę, a ja podskakuję od jej siły drgania. Moje słowa naprawdę musiały go zaboleć, bo nigdy wcześniej nie widziałam, by tak reagował. Robi mi się przykro. Przepraszam go, jednak ten nawet na mnie nie patrzy. Łapię chłopaka za ramię, lecz ten zrzuca moją dłoń.
Dopiero teraz dociera do mnie, że on nie żartuje. Adam, mój najlepszy przyjaciel, kolega od idiotycznych planów i realizacji ich naprawdę mnie kocha. A ja ranię go, chociaż sama zaczynam dostrzegać to, że on też mi nie jest obojętny. Co więcej – kocham go nie jak brata, a faceta, przy którym chciałabym spędzić resztę życia.
Adam, ja... – próbuję coś powiedzieć, jednak jąkam się, jakbym była pijana.
Tak, wiem. Nadal pozostaniemy jedynie przyjaciółmi. Będzie mi ciężko się z tym pogodzić, jednak jestem w stanie zrobić wszystko, aby cię nie stracić.
Chwytam Adama za rękaw, a ten przygląda się mojemu gestowi z obojętną miną. Wiem jednak, że pod tą maską skrywa się zraniony człowiek, a ja pragnę to naprawić.
Ewa, nie musisz się nade mną litować. – Uśmiecha się do mnie, lecz w jego oczach czai się smutek. – Cieszę się, że w końcu wydusiłem to z siebie. Poza tym przewidziałem taki scenariusz, więc lada dzień wszystko powinno wrócić do normy. – Poklepuje mnie po ramieniu i oddala się w stronę, skąd przyszliśmy.
A ja nie mogę mu na to pozwolić.
Adam, ja też cię kocham, do jasnej cholery!
Tak. Powiedziałam to. I niech teraz ta lawina powoli się toczy. Może mnie zakopać po brzegi, kiedy chłopak pomyśli, że stroję sobie z niego żarty. Ma pełne prawo tak myśleć, skoro parę minut temu zrobiłam mu awanturę o to, że mnie pocałował. A może uwierzy i oboje ominiemy toczącego się w naszym kierunku niebezpieczeństwa? W końcu oboje jesteśmy znani z tego, że reagujemy całkiem inaczej, niż jest to zakładane. Znam Adama jak własną kieszeń, lecz w tym momencie czuję, jakby szwy puściły, a cała jej zawartość wyleciała nogawką.
Łzy spływają mi do oczu, a ja nie powstrzymuję ich. Niech sobie płyną gdzie chcą, mają moją zgodę. Zapewne rozmarzą piasek na mojej twarzy, ale nieważne. I tak już czuję się jak idiotka.
To ty umiesz przeklinać?
To pytanie powoduje, że zaczynam się śmiać jak wariatka. Ja przed chwilą wypowiedziałam słowa utwierdzające w tym, że czuję do niego to samo, co on do mnie, a temu udało się jedynie wyłapać brzydkie słowo, za które dostałabym burę, mimo swojej pełnoletności. Tak jak mówiłam jesteśmy ciężcy do rozszyfrowania. Doktor House miałby przy nas pełne ręce roboty.
Tak, cholewa tak! Umiem przeklinać! – Uśmiecham się przez łzy.
Prawie dwa przekleństwa pod rząd? Rozkręcasz się!
Pokonuję dystans między nami i tym razem to ja inicjuję pocałunek, zamykając mu przy tym usta. Odczuwam na języku przykry smak rdzy i soli od zaschniętej krwi, ale nie obchodzi mnie to. Zarzucam ręce na jego kark, a ten w odpowiedzi przyciąga mnie mocniej do siebie. Przyjemne ciepło rozpływa się po moim ciele i jestem przeszczęśliwa, że w końcu zrozumiałam, że nasza przyjaźń już od dawna kierowała się ku takiemu rozwiązaniu. Tylko szkoda, że zajęło mi tak dużo czasu zrozumienie tego wszystkiego.
Kiedy odrywamy się od siebie, oboje z trudem łapiemy oddech. Nawet nie wiem, jak długo staliśmy splątani w miłosnym pocałunku. Dłonie zjeżdżają mi na klatkę piersiową chłopaka, a ten wykorzystuje moment i zakrywa je swoimi. Zaczynam żałować, że nie jestem w stanie poczuć bicia serca Adama. Pocieszam się w duchu, iż na to przyjdzie jeszcze czas. To mnie nieco uspokaja.
Tym razem mnie nie ugryzłaś? Czyżbym nie był na tyle smakowity, żeby mnie skonsumować? – sapie, wywołując na usta drwiący uśmieszek.
Postanowiłam zostawić sobie ciebie na nieco później. Aktualnie przydasz się do czegoś innego...
Co masz na myśli? – Unosi brew, a ja uwalniam dłoń i daję mu kuksańca w bok.
A to, że chyba zostawiłeś coś ważnego w drewnianej budce na jarmarku.
Nie od razu Adam domyśla się, o co mi chodzi. Maluję w powietrzu kształt torby, w której miał zakupiony wcześniej prezent dla brata. Dopiero po tej małej podpowiedzi stuka się w czoło, aż mam wrażenie, że echo roznosi ten dźwięk.
Czy jesteś gotowa ponownie zmierzyć się ze świąteczną atmosferą?
Podaje mi dłoń, a ja ochoczo podaję mu swoją. Ściska ją z całych sił, a ja odczuwam ulgę.
Z tobą? Dziwię się, że to mówię, ale... tak. Jestem gotowa!
Ale po drodze nie postanowisz mnie wrzucić w krzaki i pożreć? – pyta z udawanym przerażeniem.
Prycham.
Wolę cię przyrządzić na świeżo w Wigilię. – Koniuszkiem języka przejeżdżam po zębach. – Poza tym szykuj się na burę od mojej mamy. Patrz jak ja wyglądam! Toż to ten dziadek z flaszką wyglądał lepiej ode mnie!
Adam przygląda mi się z zaciekawieniem, lustrując każdy zaciek na kurtce oraz plamy, które zejdą dopiero wtedy, jak wypiorę ją w mocnym proszku na wysokiej temperaturze. Schyla się po garść śniegu, aby nieco wyczyścić moje odzienie. Zamiast tego jeszcze bardziej to rozmazuje.
Dobra, zostaw to – Wytrząsam mu z ręki przybrudzony śnieg. – A lepiej się pośpieszmy, bo... – Wyciągam z jego kieszeni telefon i sprawdzam godzinę. – Bo za kwadrans mama zwija manatki i zamyka biznes.
Tak jest, generale!
Dostaję szybkiego całusa w czoło, a kiedy próbuję po raz kolejny dźgnąć go w bok, to zauważam, że już jest parę kroków przede mną.
Hej, a ja? – krzyczę za nim, próbując dostrzec go w tym śniegu, który z minuty na minutę sypie coraz mocniej.
Spróbuj mnie dogonić! – Odkrzykuje.
Dopiero teraz dostrzegam swoją szansę, aby zapomnieć raz na zawsze o tym, że święta to czas rozpamiętywań momentu, kiedy „ojciec” w połowie kolacji oznajmił, iż poznał kogoś i nie zamierza spędzać z nami więcej czasu, przy czym wstał od stołu, zabrał z sypialni przygotowaną wcześniej na tę okoliczność walizkę, założył kurtki i butę, a następnie bez pożegnania opuścił nas wszystkie. Anna i ja zaczęłyśmy płakać, kiedy mama co rusz powtarzała pewne słowa jak mantrę: mówił, że ta walizka jest pusta. Prawie raz na zawsze zepsuł nasze rodzinne świętowanie, a dokładniej mi. A dlaczego prawie?
Dzisiaj już wiem, że mając Adama przy swoim boku mogę w końcu zamknąć furtkę zatytułowaną „zdrada ojca” i zostawić ją za sobą raz na zawsze, nie oglądając się ni razu. Tegoroczna wigilijna kolacja otrzyma nowe akcenty, odcinając pradawne kupony. Po raz pierwszy nie zamierzam okazywać swej niechęci do tych ważnych dni, a zacząć akceptować rzeczywistość.
Muszę zakochać się w świętach od nowa.
Zaczekaj na mnie! – Wybudzam się z transu i zaczynam biec za Adamem. – Zatrzymaj się, do cholery jasnej!
Powiem twojej mamie!
A mi nie pozostaje nic innego, jak dogonić go i przekonać do tego, aby nie spełnił swojej groźby.
I ja już wiem, jak tego dokonać.



6 komentarzy :

  1. Dzień dobry w pierwszy dzień świąt! :)

    Nie powinnam się rozpływać nad treścią, bo w końcu dostawałam spoilery tego dzieła. Chciałam Cię konstruktywnie skrytykować, ale poza drobnymi literówkami to ja się nie mam do czego przyczepić, no! Boli mnie to strasznie.
    Pani Teresa. Kobieta, która w handlu przesiedziała chyba większość życia, skoro potrafi tak trafnie ocenić, że jej córka zbytnio sobie nie poradzi. Polubiłam ją, choć jest to mały poziom sympatii. Była, zniknęła i znowu się pojawiła. Namieszałaś trochę w jej życiu, tworząc męża-zdrajcę, ale cieszę się, że dodałaś postać Andrzeja. Kobieta nie zwątpiła w to, że może jeszcze być szczęśliwa.
    Zaczęłam od mamy głównej bohaterki, bo o niej mam najmniej do powiedzenia. Teraz Adam. Piaskowe włosy i zielone oczy. W mojej wyobraźni jest cholernie przystojny (choć to blondyn!), a jego zachowanie jednocześnie mnie ujmuje i denerwuje. Dorabia jako mikołaj i ta zaradność mi się podoba, choć jednocześnie podejrzewam, że zbytnio się w tę pracę nie angażuje, skoro bezceremonialnie wlazł sobie do budki Ewy. Odrobinę przygłupi przyciąga tą swoją luzacką pozą. Gratuluję mu zdobycia się na odwagę i takie wyznanie, po tylu latach pewnie miał dość ukrywania prawdziwych uczuć.
    A teraz Ewa. Moim zdaniem nie jest beztalenciem czy osobą, która zawodzi innych. Po prostu nie jest podobna do swojej rodziny tak, jakby ta sobie tego życzyła. Wredna, sarkastyczna, ma ciekawe przemyślenia, które do mnie trafiają. Polubiłam ją tak jak nowo poznaną koleżankę, z którą już na początku znajdujesz wspólne cechy. Podobało mi się to, że nie była osobą gołosłowną. Tylko po prostu kontakty z ludźmi nie są jej dobrą stroną - znam to z autopsji, więc rozumiem. U niej z wyznaniem to było trochę jak z nagłym olśnieniem, ale i tak mi się podobało. W ogóle wielbię motyw miłości między przyjaciółmi, więc musiałaś mnie rozczulić tym dziełem.
    Wiele scen, które wywołały u mnie uśmiech. Najbardziej huśtawka - kocham! - oraz "zabawa w błocie". Przypomniała mi ona nasze ubiegłoroczne spotkanie w Jastrzębiu - nie ma to jak dać miasto zamieszkania jako miejsce akcji, ekstra! - i ta próba ulepienia bałwana właśnie z błota. Kij z tym, że był październik.

    Chcesz przeczytać jeszcze więcej miłych słów? Już nie ode mnie! Dałam swój wyraz, teraz podsumuję: Ivy, umiesz pisać obyczajówki! Może niektóre wtrącenia odrobinę zakłócały odbiór, niemniej tekst jest bardzo dobry pod względem fabularnym, wywołuje uśmiech i chęć przeczytania więcej! Jeśli trafi Ci się okazja napisania czegoś podobnego, pisz!

    Ściskam mocno! :*

    OdpowiedzUsuń
  2. No. Przeczytałam.
    Mam wrażenie, że na początku się dopiero rozkręcałaś. Pisałaś dosyć zwyczajnie. Dopiero potem nagle z takim BUM typowym dla ciebie, zaczęłaś walić opisy nie z tej Ziemi!
    Wcale nie uważam po tym shocie, że jest gorszy od mojego czy Cleo. Twój jest po prostu mniej kontrowersyjny. Ale czy kontrowersja jest ważna? Czasem czlowiek nadrabia dialogami i opisami, a to jest cholernie mocna strona tej opowieści. Ty nawet nie musiałaś mieć konkretnej fabuły, żeby poruszyć ludzi. Od początku czytało mi się to lekko. Ewa jest niecodzienna, po prostu. Ma swój charakter, jakiego zazwyczaj nie spotyka się w opowiadaniach. Dodatkowo wplatane wątki, typu: ojciec Ewy i Wigilia, którą im spierniczył, jarmark i mama, porównanie Ewy i Anny... to wszystko tworzy dodatkową, epicką otoczkę.
    Do momentu pocałunku, śmiałam się jak szaleniec. A od pocałunku po prostu siedziałam podjarana z wzrokiem wbitym w laptopa. Niewątpliwie, jak dla mnie, stworzyłaś jedną z lepszych scen miłosnych, jaką kiedykolwiek przeczytałam. Serio. Ten pocałunek i przygryzienie wargi. Nie widziałam jeszcze czegoś takiego. No i ta relacja Ewy i Adama. Nawet po tym, jak wyznali sobie miłość, wciąż zachowywali się tak, jak wcześniej. Nie tam żadne: o mój Boże, jesteśmy parą. Zakończenie epickie. Spisałam sobie cały szereg epickich tekstów w Wordzie, ale nie będę ich tu wklejać. O niektórych już ci powiedziałam. Na pewno renifery mnie rozwaliły, ucieczka do Las Vegas i to "to ty umiesz przeklinać?" jako idealny moment na rozluźnienie. Pokochałam Adama <3 za jego teksty i dziecinność. Uwielbiam takie postacie.
    Ja nie wiem co ty chcesz od swojej twórczości. Moim zdaniem znów powinnaś wrócić do takiego JEB! w świecie opowiadań! Ja za tym strasznie tęsknię!

    OdpowiedzUsuń
  3. Wspaniałe opowiadanie, idealnie ujęty klimat świąt, ciekawie stworzone postacie, wciągająca fabuła, kilka wątków, no po prostu ideał :D
    Nie licząc paru literówek, czytało się naprawdę świetnie xD
    Gratuluje stworzenia tak świetnego opowiadania :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Chylę czoła! I podziwiam! Naprawdę super piszesz, masz bardzo przyjemne i lekkie pióro, więc czyta się wszystko wspaniale. Ja jestem oczarowana! ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Naprawdę genialnie piszesz!
    Mam ochotę skulić się z "Iskrą" pod ziemią i nie wychodzić.
    Genialne!
    Pozdrawiam,
    Isabelle West
    Z książkami przy kawie

    OdpowiedzUsuń
  6. W końcu przybywam na Waszego bloga i nadrabiam prezent świąteczny, bo tak nie wypada go odrzucać bez zapoznania się z nim. Prawda ? :)
    Muszę przyznać, że świetnie piszesz ! Wystarczyła chwila abym się zatopiła w tym opowiadaniu ! Jak ty to robisz ? Ja się zastanawiam gdzie jest twoja książka ! Czemu jej jeszcze nie wydałas ? No normalnie..
    Ewa ma gadane ! Polubilam ją od samego początku i każda cenna uwaga wypływająca z jej ust powodowała uśmiech na mojej twarzy. Tak samo lubię Adama. Taki słodki głupek >o< Oni są dla siebie stworzeni !
    Mam nadzieje, że będzie kontynuacja ich przygód.. Musi być ! :D
    Pozdrawiam
    CocoLusda.

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za przybycie w moje skromne progi.
Mam nadzieję, że oferowana przeze mnie treść przypadła Państwu do gustu. Będę przeszczęśliwa, kiedy zostanę nagrodzona komentarzami. To tak niewiele, a potrafi sprawić radość!

Szablon stworzony z przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.