piątek, 28 listopada 2014

Jesienna Róża oczami #Ivy

Autor: Abigail Gibbs
Tytuł: „Mroczna Bohaterka. Jesienna Róża”
Oryginalny tytuł: „The Dark Heroine: Autumn Rose
Przekład: Stanisław Bończyk
Wydawnictwo: MUZA SA
Seria: „Mroczna Bohaterka”
Tom: II
Ilość stron: 464


Ile to razy słyszeliśmy o akceptacji innych osób czy samego siebie. Mówią o tym kolorowe gazety, stacje radiowe i telewizyjne oraz otaczający nas ludzie. To właśnie niepewność siebie lub wywyższanie się doprowadzają do tego, iż większość z nas pragnie być kimś innym. Kopiujemy styl ubioru, staramy się odwzorować czyjąś fryzurę czy makijaż, a także chodzimy do takich miejsc, gdzie na dobrą sprawę nigdy nie zamierzaliśmy dotrzeć. „Jeśli chcesz wejść między wrony musisz krakać jak one” – dobrze znane powiedzenie, a jednak jest w nim wiele prawdy.
Dlaczego chcemy być kimś innym? Czemu pragniemy udawać kogoś, kto nawet na to nie zasługuje? A nie lepiej iść przez życie zgodnie ze stwierdzeniem: „Wolę być sobą, niż nieidealną kopią kogoś innego”?
Taka właśnie jest Jesienna Róża Al-Summers. Mimo swej wyjątkowości dąży do tego, by wpasować się w otoczenie. Robi wszystko, byle tylko nie słyszeć przytyków w swoim kierunku. Ukrywa nawet to, że jest dziedziczką tytułu książęcego. Ale co to da, kiedy jest się Mędrcem, strażnikiem chroniącym życie uczniów przed złymi mocami i groźną czarną magią?
Wszystko się zmienia, gdy do jej szkoły przybywa Fallon, ważna osobowość w świecie Mędrców. Co takiego się stało, że to właśnie ON staje na drodze Jesiennej Róży? Czy to ma jakiś związek z ucieczką od swojego świata? A może tkwi tutaj inna tajemnica, którą trzeba odkryć?

Po przeczytaniu pierwszej części (recenzja) byłam nieco zawiedziona tym, co odkryłam na kartkach książki. Obiecałam sobie jednak, że spróbuję jeszcze raz podejść do twórczości Abigail Gibbs, dając jej w ten sposób drugą szansę. Czekałam na to prawie rok, ale słowa dotrzymałam. Dano mi możliwość poznania kolejnej historii opowiedzianej przez autorkę. Ale czy tutaj też miałam zamiar wyrzucić książkę przez okno, niżeli ją dokończyć?

Górna warga sztywno, dziecko! Życzliwość zyskuje się tylko wtedy, gdy jest się silną. Kiedy dorośniesz, problemy całego świata spadną na twoje barki! Jesteś następczynią mojego tronu, jak śmiesz płakać? Jak śmiesz być tak słaba? Jak śmiesz zrzucać maskę?”

Akcja książki toczy się równoległe z historią Violet Lee, dzięki czemu możemy dowiedzieć się, co myślą inne wymiary na temat tak okrutnego czynu, jakim zasłynęły wampiry. Może to z początku męczyć, gdyż chcemy powiedzieć bohaterom książki zakończenie tamtej historii. Dopiero prawie pod koniec możemy obserwować dalszy bieg całej historii.
Autorka zamieściła miejsce akcji w hrabstwie Devon, gdzie mieszka Jesienna Róża ze swymi rodzicami. To tutaj uczęszcza do szkoły średniej, a także pracuje, by mieć jakiś dodatkowy grosz. Mimo swego tytułu nie ma ona jak roztrwonić swych pieniędzy, gdyż sprawami finansowymi (i jej kontem) zajmuje się ojciec dziewczyny trzymający rękę na pulsie. Mądrze przemyślane, nieprawdaż?
Tak, jak wcześniej wspominałam, główną bohaterką jest Jesienna Róża. Jest ona narratorem prawie całej historii (kilka rozdziałów przeznaczono dla Fallona, ale jest ich tak niewiele, że nie zawracam sobie nimi głowy). Dzięki temu możemy dowiedzieć się, co ciąży na jej sercu i co myśli na temat otaczającego ją świata. Wraz z nią przeżywamy problemy życiowe, wywołujemy uśmiech na twarzy, gdy spotka nas coś miłego, a także próbujemy uspokoić oddech, gdy akcja nabiera tempa czy niebezpiecznych obrotów.
Co ja mogę powiedzieć o Jesiennej Róży? Mam mieszane uczucia co do jej osoby. Rozumiem jej ból i ogromnie współczuję, ale zachowanie dziewczyny czasami doprowadzało mnie do szału. Tak było podczas czytania pierwszych rozdziałów, by później dostrzec to, iż to tylko maska, a pod nią skrywa się dość dojrzała jak na swój wiek nastolatka. Wiele osób pomogło odkryć jej prawdziwą twarz, która wydaje się bardziej ciekawsza, niżeli ta rozkapryszonej piętnastolatki. Nawet śmiem stwierdzić, iż Jesienna Róża była stokroć mądrzejsza od Violet Lee, bohaterki tomu I, która zdążyła napsuć mi krwi.

Dwór, moje dziecko, jest jak akwarium. Wszyscy przypatrują się dużym i ładnym rybom. Tyle że to bez sensu, bo żadne z nas rybą nie jest. My się po prostu topimy.”

Styl pisania autorski praktycznie nie zmienił się. Dalej możemy zastanawiać się, jak taka młoda osoba potrafiła tworzyć tak realistyczne opisy, których mógłby pozazdrościć jej niejeden pisarz. Chciałoby się rzec, że wszystko jest świetnie skonstruowane, ale jest „ale”. Nie byłoby idealnego rozdziału, gdyby ktoś się nie zarumienił. Na litość boską, ile razy można o tym czytać? Rozumiem, że bohaterka czy jakiś tam bohater byli zawstydzeni, ale można było to inaczej przedstawić. Nie. Burak na twarzy i można jechać dalej. I „zakodowane” przekleństwa. Dobrze, już nie rzucają się tak w oczy, ale i tak bym im podziękowała. Dodatkowo znalazłam kilka literówek („klika” - str. 62, „stornie” - str. 428), ale to już nie jest wina autorki. Nie lubię takich sytuacji, lecz powinnam być do nich przyzwyczajona. Sama nie jestem lepsza, ale za mną nie stoi korekta i nie wytyka błędów.

Podsumowując:
Darowałabym sobie taki cytat na okładce, gdzie możemy wyczytać „Stephenie Meyer ma poważną rywalkę”. Nie lubię takiego czegoś (rany, jak ja narzekam).
To jest tom, który nieprzyjemnej dla mnie końcówki (Kaspar i jego ekipa – sami rozumiecie) bardziej przypadł mi do gustu. Historia Jesiennej Róży była dla mnie bardziej przyswajalna i dzięki niej nie mogę powiedzieć nic złego o porze roku, która zamieszkała w imieniu tytułowej Mrocznej Bohaterki. Z przyjemnością przeczytam kolejną część, gdyż końcówka wręcz zmusza mnie do tego swym zaakcentowaniem.

Moja ocena: 3+/5 (byłaby wyższa, gdyby nie jeden szczegół opisany powyżej)

Recenzja została zamieszczona na:


Za możliwość przeczytania dziękuję Bussiness & Culture!

poniedziałek, 24 listopada 2014

Książę Mgły oczami Akime

Autor: Carlos Ruiz Zafon
Tytuł: Książę Mgły
Wydawnictwo: Muza S.A
Ilość stron: 224

Musiało upłynąć wiele lat, by Max zdołał wreszcie zapomnieć owe letnie dni,
podczas których odkrył, niemal przypadkiem, istnienie magii”.

Rodzina Carverów (trójka dzieci, Max, Alicja, Irina, i ich rodzice) przeprowadza się w roku 1943 do małej osady rybackiej, na wybrzeżu Atlantyku, by zamieszkać w domu, który niegdyś należał do rodziny Fleishmanów. Ich dziewięcioletni syn Jacob utonął w morzu. Od pierwszych dni dzieją się tutaj dziwne rzeczy (Max widzi nocą w ogrodzie clowna i dziwne posągi artystów cyrkowych), ale ważniejsze, że dzieci poznają kilkunastoletniego Rolanda, dzięki któremu mogą to i owo dowiedzieć się o miasteczku (np. historię zatopionego w wodach przybrzeżnych, pod koniec pierwszej wojny, okrętu "Orfeusz") i poznać dziadka Rolanda, latarnika Victora Kraya, który opowie im o złym czarowniku znanym jako Cain lub Książę Mgły, chętnie wyświadczającym usługi, ale nigdy za darmo. Coś, co dzieciom wydaje się jeszcze jedną miejscową legendą, szybko okazuje się zatrważającą prawdą.

Napisanie recenzji do powieści Zafona jest dla mnie strasznie problematyczne. Nie wiem czemu, ale nie czuję się na siłach, aby oceniać jego twórczość. Mimo wszystko, jeżeli już postanowiłam podjąć się tego trudu, to spróbuję odnaleźć jakieś słowa, dzięki którym przedstawię to, co odczuwałam w trakcie czytania Księcia Mgły. Przypuszczam, że nie będzie ona zbyt długa, ale postaram się dać z siebie jak najwięcej.

Na początku muszę zwrócić uwagę na to, że książka powstała w 1993 roku, dlatego niektóre zwroty mogą się wydawać nieaktualne, lub nawet sztuczne. Dodatkowo myślę, ze warto mieć na uwadze, że jest to debiutancka książka tego autora, dlatego można przymknąć oko na niektóre spawy. Mimo tego, książka otacza się pewną magiczną aurą i zostawia ślad w naszej pamięci.

Powieść Zafona jest zakwalifikowana do książek młodzieżowych, jednak myślę, że można ją czytać bez względu na wiek, w jakim się znajdujemy. Jest to książka z przesłaniem, które w gruncie rzeczy tyczy się ludzi w każdym wieku. Daje nam do zrozumienia jak ważne jest podejmowanie przemyślanych wyborów, a za bezsensowne zachcianki możemy zapłacić wysoką cenę, a czasem nawet zbyt wysoką.
(...) nie ma potężniejszej siły niż obietnica...”
Warto także zwrócić uwagę na kreację postaci. Zafon tworzy je w unikatowy sposób. Każda z nich jest idealnie opisana, dzięki czemu możemy zżyć się z bohaterami. Z jednej strony są niebanalne, a z drugiej są zwykłymi osobami, które mogłyby żyć wśród nas. Fakt faktem, może Maxa postrzegałam za trochę starszego, niż miało to miejsce w powieści, jednak nie przeszkodziło mi to w odbiorze całej lektury.

Książę Mgły nie należy do najdłuższych powieści, jednak nie możemy mu zarzucić, ze akcja rozwija się zbyt szybko. Toczy się w naturalnym tempie i pochłania czytelnika na dobre. Magia, która stanowi fundament lektury, staje się bardzo realna. Dzięki niej książka staje się lżejsza, bardziej przejrzysta. Myślę, ze dzięki temu młodsi czytelnicy nie mają problemów, aby zrozumieć całość utworu, a dla starszych nie stanowi żadnej bariery.

Jeżeli jest coś, co mogłabym zarzucić Zafonowi, to troszkę skromniej dopieszczony wątek Iriny. Zaintrygował mnie bardzo i ubolewam, że nie poświęcił temu kilku stron więcej. Pod koniec powieści odniosłam wrażenie, ze autor nagle sobie o nim przypomniał i postanowił go zakończyć. Rozumiem, że nie na tym skupiała się książka, ale i tak czegoś mi tu zabrakło.

Podsumowując polecam te książkę każdemu, zarówno tym, którzy już znają inne książki twórcy Księcia Mgły, jak i tym, którzy mieliby dopiero zacząć przygodę z jego powieściami.
Złych wspomnień nie musisz brać ze sobą. I bez tego będą cię prześladować.”
 Moja ocena: 5+/6

czwartek, 20 listopada 2014

Czarownica oczami #Ivy

Autor: James Patterson & Gabrielle Charbonnet
Tytuł: „Czarownica”
Oryginalny tytuł: „Witch & Wizard”
Seria: „Czarodzieje”
Tom I
Przekład: Izabela Matuszewska
Wydawnictwo: Albatros
Ilość stron: 368

Młodzież ceni sobie wolność. Nie lubi, gdy jej się dyktuje, co ma robić. Woli łamać zasady, tworzyć własny regulamin istnienia na świecie. Pierwszy pocałunek, pierwszy papieros, pierwszy kieliszek wódki. Musi spróbować wszystkiego, bo nie chce żałować utraconej szansy. Młodzież pragnie odkrywać granice swojego bytu. Przecież całe życie uczymy się na własnych błędach.
A jakby to było, gdyby pewnego dnia nastolatkowie stracili swoją wolność? Staliby się więźniami systemu, który zamyka młodych ludzi w złotych klatkach. Kontroluje każdy ich ruch, nie pozwala na wygody. Robi z nich niewolników, mogąc w każdej chwili się ich pozbyć. Wystarczy tylko jedno słowo tego Najważniejszego.
Tak właśnie dzieje się w świecie Wisty i Whita. Z niewiadomych przyczyn znikają młodzi ludzie, słuch o nich ginie pośród strachu i obaw. Każdy martwi się o swoje dzieci, chociaż bywają i tacy, którzy są skorzy do współpracy z potworami.
Pewnego dnia strażnicy przychodzą do domu nieświadomego rodzeństwa. Wyrywają ich ze snu, oskarżając o coś niemoralnego. Wisty i Whit boją się, jednak nie mogą się przeciwstawić pionkom w grze reżimu zwanego Nowym Ładem. Zostają wyprowadzeni z domu i przewiezieni do zakładu, gdzie Ten Który Jest Jedyny zdecyduje o ich losie: będą mogli żyć albo zostaną zlikwidowani.
Ale jedno jest dziwne – dlaczego dorośli ludzie boją się tych dzieci? Co jest w nich takiego, że obawia się ich sam Najważniejszy Nowego Ładu?


„Boją się zmian, a my będziemy się zmieniać. 

Boją się młodości, a my jesteśmy młodzi. 

Boją się muzyki, a muzyka jest naszym światem. 

Boją się książek, wiedzy i idei. 

A najbardziej boją się magii.”


Kiedy zauważyłam tę książkę na jednej z półek w miejskiej bibliotece to moje oczy nie umiały się od niej oderwać. Zdecydowanym ruchem sięgnęłam po nią, by móc przeczytać opis. Ostatnio nie patrzę na okładkę, bo ona potrafi dawać złudne wyobrażenie. Gdy tylko moje oczy zarejestrowały słowa o dystopijnej wizji świata byłam gotowa zanieść ją mojemu dealerowi i grzecznie wypożyczyć. Jednak czy moja radość trwała długo?
Już pierwszy rozdział potrafił mnie porwać w ten okrutny świat, jaki przedstawiają autorzy. Głównych bohaterów poznajemy wtedy, gdy mają zostać straceni. Niezbyt miłe spotkanie, aczkolwiek to tylko wstęp do zdarzeń, które pokrywają dalsze strony książki.
Wisty i Whit to rodzeństwo, które (tradycyjnie) różni się od siebie. Whit to typ sportowca, jednak bywa i tak, że jego kalectwo wysuwa się na pierwszy plan. Również niedawno stracił swą ukochaną i tęskni za nią, gdyż nie było mu dane się z nią pożegnać. Nic nie wie o jej nowym miejscu zamieszkania, a nawet nie może być pewny, czy ona jeszcze żyje. Natomiast Wisty to typ buntownika. Zbiera najgorsze oceny w szkole oraz zostaje za karę po lekcjach. Mimo takich różnych warstw społecznych w placówce łączy ich silna więź z rodzicami. To jeden z czynników, który udowadnia im, że potęgą jest miłość do bliźniego. Drugim natomiast jest coś, o czym nie zdawali sobie sprawy, dopóki strażnicy nie wtargnęli do ich domu. Jest to... magia!
Wzmianka o czarach (w końcu po coś jest taki, a nie inny tytuł) również zachęciła mnie do przeczytania tej książki, lecz praktycznie w połowie zaczynałam żałować, iż po to sięgnęłam. Rany boskie, autorzy mieli świetny pomysł na to, ale tanie sztuczki z wybuchaniem ognia na skórze czy znikaniem mogli sobie darować. Ewentualnie lepiej to rozbudować. Rodzeństwo pomyślało o czymś magicznym – pyk! Działo się. Nie jara mnie czytania o kilku sztuczkach na okrągło. Po prostu zaczynałam myśleć o czymś w stylu „oho, pewnie zabawi się w ognistą kulę”. I bingo!


„Północ, południe, zachód, wschód

Nasz dom jest najlepszy na świecie,

Stoi w środku lądów i wód

Gdy zabrzmi miłość, wejdziecie.”


Narracja jest podzielona na dwie osoby. Wiadomo od razu, o kogo chodzi, gdyż to Wisty i Whit grali pierwsze skrzypce. Chciałoby się rzec, że dzięki temu lepiej ich poznawałam i mogłam postawić się w ich sytuacji. Bzdura. Żałowałam, że mogłam wkraść się w zakamarki ich umysłu, ale o głównych powodach to za chwilę.
Poboczne postaci zostały wprowadzone tak, jakby miały zapełnić luki w tekście. Owszem, niektóre osoby były lepiej przedstawione, ale większość to tylko imiona i porównania (o nich akapit niżej).
Nie znajdziemy tutaj wyszukanych słów. Język autorów jest prosty, można rzec płaski. Łatwy w odbiorze, dlatego też czytelnik prawie nie męczy się podczas jego odbioru. Dlaczego prawie? Już mówię. Chodzi mi o... porównania. Tak, ten jeden czynnik wywoływał u mnie mdłości, ataki gniewu i irytacji, i tak w kółko. Miałam wrażenie, że książka praktycznie w połowie składa się z porównań. Rozumiem, że to miało nam, czytelnikom, przybliżyć obraz tamtego świata, ale zlitujcie się! Od tego są opisy, które można rozbudować tak, by zaciekawiły, a nie zanudzały. Również zdawało mi się, iż słownictwo bohaterów jest ubogie i poleciłabym dodatkowe lektury, by go rozbudowali. Musiałam się poskarżyć, gdyż takie coś doprowadza mnie do szału!

Podsumowując:
Autorzy mieli ciekawy pomysł na serię, ale totalnie go zmasakrowali. Aż się boję sięgać po kolejne tomy.
Nie wiem, komu mogłabym to polecić. Może tym osobom, które pragną coś przeczytać, ale nie chce im się przy tym racjonalnie myśleć i zastanawiać się nad treścią. Tak, wtedy ta książka spełnia takie wymagania. Taka prosta młodzieżówka.

Moja ocena: 
Recenzja została zamieszczona na:

niedziela, 16 listopada 2014

Niemiecki bękart oczami Akime

Autor: Camilla Läckberg
Tytuł: „Niemiecki bękart”
Seria: Czarna seria
Wydawnictwo: Czarna Owca
Ilość stron: 568

Jakie tajemnice z przeszłości mogą tłumaczyć dzisiejsze złe postępki? Dlaczego matka Eriki Falck wśród rupieci na strychu zachowała hitlerowski medal? To pytanie nie daje spokoju Erice, która postanawia odwiedzić emerytowanego nauczyciela historii, aby dowiedzieć się czegoś więcej o tym medalu. Jednak mężczyzna zachowuje się dziwnie, nie potrafi odpowiedzieć na jej pytania, a dwa dni później zostaje zamordowany.
Camilla Läckberg zręcznie splata współczesne wydarzenia z przejmującą opowieścią o losach młodej Szwedki żyjącej w pierwszej połowie lat czterdziestych ubiegłego stulecia. Szwecji udało się uniknąć losu sąsiedniej, okupowanej Norwegii, a społeczeństwo szwedzkie było podzielone na tych, którzy pomagali swoim pobratymcom, i tych, którzy sprzyjali niemieckim okupantom.


Niemiecki bękart, czyli powracam do Was z kolejną częścią kryminału Lackberg. Czytając go wzbudziłam zainteresowanie wśród w ludzi w szkole, a zaczęło się od stwierdzenia, że tytuł książki brzmi jak biografia Hitlera. Jakby nie patrzeć nie padło to z ust osoby, na którą zwracam jakąś większą uwagę, dlatego tą uwagę postanowiłam zignorować. Najbardziej zadziwił mnie pewien chłopak z klasy niżej, który zaczepił mnie na korytarzu, żeby zagadać na temat książek. Poczułam się dzięki temu mniejszym alienem w szkole, w końcu niestety odsetek czytającej młodzieży jest niewielki.

Piąty tom serii wzbudził we mnie wiele ciekawości. Po zachwycie wcześniejszymi częściami miałam dość wysokie wymagania względem „Niemieckiego bękarta”. Liczyłam na jakąś odmienną historię, czy ją dostałam? W pewnym stopniu tak. Śledztwo toczy się wokół dawnego nauczyciela historii, co ma ścisły związek z matką głównej bohaterki. Książka jest o tyle interesująca, że poznajemy nowe, interesujące fakty, na temat rodzicielki Erki. Po wcześniejszych częściach byłam pełna niechęci do jej osoby, jednak teraz mam do tego zupełnie inne podejście. Bardzo cieszy mnie fakt, że Lackberg napisała osobą książkę na jej temat i zgrabnie połączyłam wszystkie fakty.

W powieści poznajemy także odrobinę szwedzkiej historii. Myślę, ze większość z nas ma dość wałkowania drugiej wojny światowej w szkole, jednak tutaj poznajemy ją od innej strony. Przyznam się bez bicia, że jestem upośledzona historycznie, jest to dla mnie strasznie nudne, a na lekcjach wszystko wydaje mi się ciekawsze. Ku mojemu zaskoczeniu, w książce jest to przedstawione w taki sposób, że potrafi to zaciekawić także osobę taką jak ja. Tak więc jeśli kogoś miałoby to zniechęcić, to muszę przyznać, że nie ma takiego powodu. Nie ma tu nawału informacji, a daje ciekawe tło, do całości utworu.

Jeżeli chodzi o bohaterów, którzy towarzyszą nam od pierwszej części, to mamy tutaj główny nacisk na Erikę. Myślę, ze to nic dziwnego, skoro usiłuje ona poznać przeszłość swojej matki. Patrik zostaje trochę w tle, jednak jest to związane z jego nowymi obowiązkami. Anna w końcu przestała mnie załamywać swoją głupotą, w dodatku zaczęła porządkować swoje życie. Zmierza to wszystko w dobrym kierunku. Miło obserwować pozytywną przemianę postaci przez kilka części.

Jeżeli czekacie z nadzieją, że w końcu wytknę coś złego w powieści Lackberg, to się doczekaliście! Mimo tego, że książkę ostatecznie uważam za interesującą, to początkowo akcja mi się strasznie ciągnęła. Nie nudziła na tyle, aby od razu odkładać książkę, jednak nie była w stanie mnie porwać od samego początku. Oczywiście z czasem wciąga, jednak trzeba sobie na to trochę poczekać. Myślę, że warto się nie poddawać i dać akcji czas, aż zacznie się r

ozwijać. Znany już tekst pochyłą czcionka w powieściach autorki, którą mogę was zamęczyć, z pewnością temu sprzyja. W sumie nie wiem, czy bym skończyła tę książkę, gdyby nie to. W niektórych momentach miałam ochotę ominąć główną część lektury i przejść do tego.

Czepiając się szczegółów, zastanawia mnie pewien fakt. Mając na uwadze, ze Fjallbacka jest stosunkowo małą miejscowością, w której wszyscy się znają, to jakim cudem mogło się tam wydarzyć aż tyle morderstw? W końcu akcja wszystkich części toczy się na przestrzeni zaledwie kilku lat… No ale to już szczegóły, nie jest to zbyt istotne. Nie odbija się to w żaden sposób na treści książki, dlatego można na to przymknąć oko.

Zmierzając do podsumowania, to muszę stwierdzić, że nie wiem, czy polecić te książkę, czy też nie. Z jednej strony myślę, ze warto po nią sięgnąć, bo różni się od reszty, ale z drugiej mam do niej mieszane uczucia. Odczucia pozostawię wam, nie będę tu narzucać swojego zdania.

„Chyba cała rzecz w tym, żeby nie wiedzieć. […] Gdyby człowiek miał kryształową kulę, która odsłoni przed nim wszystko, co go spotyka w życiu, pewnie nigdy by się nie podniósł. Rzecz polega na tym, żeby wszystko w życiu konsumować w małych porcjach. Zmartwienia i kłopoty dostawać w małych kawałkach, żeby dało się je pogryźć.”

środa, 12 listopada 2014

Ostatnia Spowiedź #3 oczami #Ivy

 Autor: Nina Reichter
Tytuł: „Ostatnia Spowiedź”
Tom: III
Wydawnictwo: NovaeRes
Ilość stron: 374


Zazwyczaj po burzy wychodzi słońce. Rozpycha swymi paluchami nabrzmiałe chmury, przepędza jak w najdalsze zakątki, byle tylko się ich pozbyć. Majestatycznie wisi na niebie, rozkłada swe ramiona, darząc nas swoim zadowoleniem.
W życiu również zdarzają się takie dni, kiedy zachodzi słońce i wiszą nad nami ciężkie chmury, zwiastujące potworną burzę. Bywa jednak tak, że potrafimy zlikwidować przyczynę swoich problemów i znowu cieszyć się życiem. Śmiać się, uśmiechać do obcych ludzi. Przekazujemy dobrą energią każdemu. Po prostu odżywamy!
Tak właśnie jest w życiu Ally. Okropne dni są już dawno za nią i może ponownie cieszyć się związkiem z Bradinem. Są pewni tego, iż pozostaną ze sobą do końca swych dni i nikt im w tym nie przeszkodzi. Czyżby?
Wystarczy jeden gest, kilka wypowiedzianych słów, by to, co zostało odbudowane, znów rozsypało się jak domek z kart. Wystarczy tylko chęć zemsty za wszelkie zło, aby zniweczyć marzenia i zakopać je głęboko w ziemi.
Jak poradziła sobie z tym wszystkim Ally podczas swej ostatniej spowiedzi? Czy zdołała się uchwycić czyjejś pomocnej dłoni, gdy spadała ze szczytu szczęścia?

„Ale ja przy tobie już nie boję się wieczności.”

Poprzedni tom nieco mnie zawiódł swą zawartością, jednak niecierpliwie wyczekiwałam trzeciego, a zarazem zamykającego historię, tomu. Gdy tylko otrzymałam w swe dłonie egzemplarz książki od razu wzięłam się za czytanie. Wszelkie obawy próbowałam zostawić za sobą, by móc w spokoju delektować się słowami. Ale czy dałam radę nie porównywać tej części z poprzednim tomem?
Ponownie wkroczyłam w zwariowany świat, gdzie show-biznes ma swoje prawa i nikt nie powinien ich łamać. Na nowo odkrywałam szaleńczą miłość Bradina i Ally, która wręcz przesycała pierwsze strony powieści.
Narracja w ogóle się nie zmieniła. Dalej wysłuchujemy ostatniej spowiedzi z pomocą wypowiedzi w trzeciej osobie. Chciałabym powiedzieć, że dawno nie miałam z taką styczności, ale skłamałabym, a ten grzech byłby tak ciężki do rozgrzeszenia, że... Dobra, powróćmy do głównego tematu.
Możemy obserwować poczynania głównych bohaterów, cieszyć oczy tym, iż mamy tutaj więcej wątków z Tomem. Po pierwszym tomie nie przepadałam za nim, ale teraz to się zmieniło. Wręcz go ubóstwiam. Także ubóstwiam postać Violet, chociaż jej także nie lubiłam. Na jej przykładzie można zobaczyć, na co jest gotowa kobieta, byle tylko mieć swego ukochanego blisko siebie. Po prostu każda postać, jaka się przewinęła w tej książce miała swój cel i zakończyła go sukcesem. No, może prawie każda...
Początkowo obawiałam się powtórki z rozrywki z II tomu, jednak tutaj zaskoczyło mnie to, iż miałam przed sobą kobietę mocniej stąpającą po ziemi i potrafiącą się sprzeciwić. Owszem, nie zmieniła się diametralnie, bo to by było zbyt naciągane, a zarazem dziwne, jednak podobało mi się to, że Ally wreszcie ma swoje zdanie! Może było to spowodowane tym, że zamieniła się swoją rolą z Bradinem? Tak mi się to wydawało. Dusze zmieniły swoje ciała. Jest możliwe coś takiego? Tak czy siak miałam ochotę nakopać temu panu do czterech liter. Nie, to nie jest mój fetysz... Chyba.
Książka młodzieżowa nie byłaby młodzieżową, gdybyśmy nie mieli tradycyjnego trójkąta miłosnego. Można było się spodziewać, iż Tom nie odpuści i nie porzuci myśli o Ally. Jego serce bije tylko dla niej, tak samo jak i Bradina. Rywalizacja braci o jedną kobietę ukazuje, że nie trzeba tak wiele, by poróżnić rodzeństwo. Wystarczy ten jeden aspekt i już mamy dwóch kowbojów gotowych wystrzelić wszystkie kule ze swojego rewolweru, by tylko zdobyć damę. Na szczęście tutaj akcja obyła się bez tego.

„Więc znów rozkładam przed Tobą talię kart, a Ty losuj. Wybieraj między miłością, wiarą i nadzieją. Zobacz prawdę tylko po to, by wspomnienia nabrały jaśniejszego znaczenia i byś mógł przyznać, że były przepiękne – choć to, co się stało potem, sprawia, że odwracasz od nich wzrok. Zobacz prawdę, byś jak zwykle pominął fakt, że ma ona różne oblicza, a to jedno jedyne, które dostrzegasz, jest tylko jej obrazem odbijającym się w Twoich oczach.”

Nina Reichter bawi się słowami. Wrzuca je na pięciolinie twórczości i pozwala im komponować swoją melodię. Żaden dźwięk nie brzmi fałszywie, dzięki czemu utwór jest łatwy w odbiorze. Opisy są kształtne, kolorowe i nie wyczuwa się tego, iż coś mamy tutaj w nadmiarze. Dodatkowo czujemy się tak, jakbyśmy sami byli wewnątrz akcji i odczuwali ją na sobie. Strony przesycone miłością, przyjaźnią, intrygami i kłamstwami nie obciążają, wręcz przeciwnie – dostarczają wrażeń czytelnikowi.
Poszczególne rozdziały dostarczają nam rozrywki, gdy inne doprowadzają do płaczu. Sama nieźle się bawiłam w takich momentach, ale nie umiałam płakać. Możliwe, iż czekałam na to, aż stanie się coś takiego. Po prostu odczuwałam, że będzie mi dane przeczytać o tej sytuacji. Wszyscy, którzy mają ten tom już za sobą, pewnie wiedzą, o jakim moment chodzi. Możecie mnie uznać za kobietę bez serca, lecz ta osoba powoli mnie wkurzała. I to bardzo.
Końcówka nie była dla mnie zaskoczeniem. Też się spodziewałam przeczytać właśnie o tym. A o czym mówię? Zapraszam do zapoznania się z książką. :)

Podsumowując:
Polecam całą trylogię tym, którzy jeszcze nie mieli z nią do czynienia. Mogę ją również polecić wszystkim tym osobom, które pragną poznać słodki smak ostatniej spowiedzi nasiąkniętej miłością. Trochę mi ciężko z tą myślą, że to już koniec, ale mam w zwyczaju wracać do przeczytanych książek. I ta trylogia kiedyś na pewno odżyje na nowo. Dodatkowo pani Nina planuje napisać kolejną powieść, co mnie bardzo cieszy. Czekam niecierpliwie!
Bo prawdziwa miłość nigdy nie umiera. Ona żyje z nami, w naszych sercach.


Moja ocena: 4+/5

 Recenzja została zamieszczona na:

 Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu NovaeRes oraz panu Tomkowi.
Fanpage książki: >klik<
Fanpage wydawnictwa: >klik<


niedziela, 9 listopada 2014

Dni krwi i światła gwiazd oczaki Akime

Autor: Laini Taylor
Tytuł: Dni krwi i światła gwiazd
Wydawnictwo: Amber
Ilość stron: 352

Dawno, dawno temu anioł i diablica zakochali się w sobie. Nie skończyło się to dobrze, bo ośmielili się marzyć o świecie bez wojny i rozlewu krwi. Ale to nie był ich świat…
 Na całym świecie muzea historii naturalnej donoszą o tajemniczych włamaniach. Uskrzydlone armie przekraczają portal dzielący ich świat od naszego.
Odwieczna wojna wybucha ze straszliwą siłą. A ci, którzy tak bardzo się kochają, stoją po przeciwnych stronach…
Siedemnastoletnia Karou, utalentowana artystka i uczennica tajemniczego Dealera Marzeń, znalazła wreszcie odpowiedź, której tak długo szukała. Już wie, kim jest – i czym jest. Lecz ta wiedza niesie następną prawdę, której z całego serca chciałaby zaprzeczyć: że kocha wroga, i że jej ukochany ją zdradził. A świat musi zapłacić za to krwawą cenę...
Teraz Karou musi wybrać ostatecznie, kim chce być. I zdecydować, jak daleko się posunie, by pomścić swoją rasę.
Tymczasem Akiva bez wytchnienia szuka Karou, bez której nie potrafi już żyć. I prowadzi własną walkę: o odkupienie i o nadzieję. Lecz czy jakakolwiek nadzieja ocaleje z popiołów ich zniszczonych marzeń?

Dni krwi i światła gwiazd, czyli drugi tom mojej ukochanej serii. Książka względem której miałam już pewne oczekiwania. W końcu po zachwycie pierwszym tomem, nie mogło być inaczej. Czekałam na nią z niecierpliwością. Zamówiłam ją, jak tylko pojawiła się w empiku. Gdy w końcu dostałam ją w swoje ręce, zaczęłam ją czytać, a wtedy...

Pierwszą rzeczą, na której się zawiodłam, była okładka. Zanim trafiła do księgarń ciągle miałam nadzieję, na to, że jednak ją zmienią. Niestety. Nie dziwię się, że drugi tom kupiło tak niewiele osób, skoro okładka odrzuca na kilometr. Mówię jej nie, nie i jeszcze raz: nie! No ale jak to mówią „nie oceniaj książki po okładce”. Jej treść wciąż bardzo mnie ciekawiła.

Początkowo patrzyłam na nią zawiedziona, że ma mniej stron, niż część pierwsza. Gdy tylko zaczęłam ją czytać, zaczęłam się z tego cieszyć. Przez około pierwsze 150 stron przebrnęłam z wielkim trudem. Akcja była tak nudna, że czasem się zmuszałam, aby jej nie odłożyć. Mimo wszystko, książka wróciła na półkę.

Po około pięciu miesiącach zdecydowałam się, aby ją dokończyć. Z wielkim trudem sięgnęłam ponownie po książkę. Wpatrywałam się bez celu w strony. Otwierałam ją, aby po chwili zamknąć. Po kilku takich sytuacjach uznałam, że skoro tak na nią czekałam, to muszę się w końcu zebrać. Jak już udało mi się zmotywować, to jej drugą cześć pochłonęłam w kilka dni. Ciężko jest mi stwierdzić, czy początkowe strony książki rzeczywiście były tak nudne, czy po prostu nie potrafiłam się w nią wczytać.

Po jej skończeniu nadal czułam niedosyt. Wciąż to nie było to, na co czekałam. Liczyłam, że akcja pójdzie w zupełnie innym kierunku W rzeczywistości oddaliła mnie jeszcze bardziej od tego, na co czekałam. Zapewne autorka miała w tym jakiś cel, jednak na ten moment nie jestem w stanie go zrozumieć. Niby można by powiedzieć, że książka zaskakuje, jednak w tym przypadku nie wpływa to na nią pozytywnie.

W „Dniach krwi i światła gwiazd” Laini Taylor zwraca większą uwagę, na jednego bohatera. Nie chcę tu zdradzać, kogo mam na myśli, jednak ciężko nie ulec jego urokowi. Mimo tego, że nie staje się on tu postacią pierwszoplanową, jego działania nadają pewną nutkę magii całej powieści. Brzmi to jak plus dla książki, jednak niestety nim nie jest. Autorka w pewnym momencie odbiera nam możliwość czerpania radości z jego poczynań, na czym się bardzo zawiodłam.

Podsumowując, jeżeli ktoś przeczytał pierwszą część, to na tą bym się skusiła z czystej ciekawości. Osobiście wciąż wyczekuję trzeciej części. Jeżeli nie będzie jej dostępnej w języku polskim, to skuszę się na przeczytanie jej po angielsku. Może moja znajomość tego języka nie jest jakoś bardzo wybitna, jednak myślę, że pozwoli mi zapoznać się z tą pozycją. Poza tym od czego są słowniki? Kończąc tą krótką dygresję, muszę stwierdzić, że druga część „Córki Dymu i Kości” znacząco odbiega od standardów, które poznajemy w pierwszym tomie. Mimo wszystko pozostawia nam nadzieję, na bardziej pozytywny rozwój wydarzeń w „Dreams of Gods & Monsters” (Nie będę się kusić o tłumaczenie, gdyż nie wiem czym przetłumaczą to jako marzenia, czy jako sny Bogów i Potworów). :)

Ocena: 2/6

Pokuszę się, aby po raz kolejny przy pomnieć o PETYCJI. Może uda się jednak dostać trzecią część w języku polskim? :)

Liczę, że pomożecie. :)

poniedziałek, 3 listopada 2014

Galop '44 oczami #Ivy

 Autor: Monika Kowaleczko-Szumowska
Tytuł: „Galop '44”
Wydawnictwo: Egmont
Ilość stron: 320


Praktycznie każda lekcja historii kojarzy nam się z ogromną męczarnią. Wiecznie dyktowane dziesiątki dat, które trzeba zapamiętać, wykorzystanie nabytych umiejętności z geografii, gdy stoimy przy starej mapie i próbujemy wskazać miejsca, gdzie toczyły się dane wojny. Pojęcia, których wymówienie czasami bywa problematyczne, gdyż słowa, z których się składa, zostały w oryginalnym zapisie. Nadmiar informacji, który wlatuje jednym uchem, a wylatuje drugim. Tak. Historia to czyste zło. Czyżby?
A gdybyśmy sami mieli doświadczyć jakiegoś historycznego zdarzenia na własnej skórze? Poczuć strach, a zarazem determinację i odwagę tamtych ludzi walczących o wolność, ojczyznę i własne życie? Poznać świat, który jest nam znajomy jedynie z rozmów na lekcjach czy też z fragmentów w książkach czytanych obowiązkowo i spróbować zrozumieć reguły rządzące w tamtym okresie. Dalibyśmy radę przeżyć? Nie wiemy. Ale ja wiem, co przeżyli dwaj bracia.
Mikołaj, przez przypadek, trafia do wojennej Warszawy, w sam środek rozpoczynającego się Powstania Warszawskiego. Na samym początku nie bierze tego wszystkiego na poważnie, nie rozumie, iż to wszystko dzieje się naprawdę. Wkrótce jednak do jego młodego umysłu trafia myśl – przecież sam mogę tworzyć tę historię! I zaczyna mu się to podobać.
Jego brat, Wojtek, próbując go stamtąd wydostać, a zarazem uratować sam przenosi się w czasie do dnia 1 sierpnia 1944 roku.
Co z tego wyniknie?

„Żyjący mają przewagę nad umarłymi...”

Powiem szczerze, że nigdy wcześniej nie pomyślałabym o tym, iż kiedykolwiek sięgnę po książkę, w której czai się motyw historyczny. Tak jakby dzielił nas jedynie szklany mur, którego nie potrafiłam rozbić. Przezroczysta tafla zaczynała powoli pękać, gdy trafiłam do liceum o profilu humanistycznym, gdzie mam rozszerzoną historię. I to pomogło mi dojrzeć do decyzji zaprzyjaźnienia się z literaturą z mocno zaakcentowaną przeszłością. Na pierwszy ogień poszedł „Galop '44”. Co odczuwam po zapoznaniu się z nim?

Pierwsze rozdziały nie potrafiły mnie pochłonąć. Wręcz ziewałam, gdy tylko to czytałam. Możliwe, iż jest to wina tego, że ostatnio czytam książki pisane w innym czasie, ale z czasem przyzwyczaiłam się do tego i mogłam się delektować lekturą, na dodatek ciesząc oczy rozkręcającą się akcją. Wręcz nie mogłam się od tego wszystkiego oderwać!
Głównymi bohaterami są dwaj bracia, który są swoimi totalnymi przeciwieństwami! Trzynastoletni Mikołaj tryska energią na wszystkie strony i wszędzie go pełno, gdy starszy od niego o cztery lata Wojtek należy do osób zdystansowanych, wycofanych z życia towarzyskiego. Woli przebywać sam ze sobą, ze słuchawkami na uszach i książką w dłoniach, gdy Mikołaj aż lgnie do innych! Niektórym wydaje się to dziwne, że rodzeństwo aż tak bardzo się od siebie różni. Mnie nie. Sama tak mam ze swoją starszą o siedem lat siostrą. Jak ogień i woda (gdzie ja jestem ogniem).
Historia jest opowiadana przez narratora, który jest wszechobecny i wszechwiedzący. Wie wszystko o chłopcach, zna każdą ich myśl. Dzieli się z nami ich lękiem, strachem, radością, a nawet miłością. Pozwala nam to na odkrycie prawdziwych twarzy dzieciaków z współczesnej Warszawy. Jednak ja wolałam czytać rozdziały opisujące działania starszego z braci, gdyż wydawały mi się bardziej ekscytujące. Więcej się tam działo.
Wyprawa w głąb historii pozwoliła Mikołajowi oraz Wojtkowi zrozumieć, że należy pamiętać o tych, którzy ginęli za swoją ojczyznę. Widzieli na własne oczy ich poświęcenie oraz chęć walki, byle tylko wyzwolić się spod wpływu wroga. Dzięki tej wyprawie poznali również smak prawdziwej przyjaźni, a nawet miłości. Utrata kogoś bliskiego bolała nie tylko ich, bo również mnie, gdyż natrafiali oni na szczerych i skorych do życia ludzi. Za to zyskiwali moją sympatię, ale cóż można poradzić – coś, co zostało zapisane na kartach historii musi się toczyć tak, jak powinno.

„– Jak leci? – krzyknął Wojtek, wczołgując się do pałacowych sal i starając przekrzyczeć wizg nurkujących junkersów.
– Prosto z nieba! – odkrzyknął niewiele od niego starszy chłopak. – Równo co piętnaście minut.
– OK – mruknął Wojtek. Zapisał ten ponury żarcik w zeszycie, który dostał od Janka.”


W tej książce podoba mi się to, że dowiadujemy się więcej o Powstaniu Warszawskim, niżeli na lekcjach. Autorka zadbała o to i przy tworzeniu „Galopu '44” posługiwała się prawdziwymi faktami oraz korzystała z pomocy ludzi, którzy mają historię w małym paluszku. To połączenie dało jej ogrom ciekawych faktów i dały szansę na rozbudowanie fabuły. Nie mamy tutaj zdawkowych informacji, tylko przydatną wiedzę, którą można zaskoczyć w szkole.
Jak wcześniej wspominałam początek nie przypadł mi do gustu i niektóre rozdziały z Mikołajem czytane z myślą o tym, że już niedługo będzie żywsza akcja to jedyne drobne minusy, ale tak wszystko mi się podoba. Język, jakim posługuje się autorka nie jest ciężki, więc bez problemu można przeczytać „Galop '44”. Również ogrom informacji może ciążyć tym, byle tylko omijać naszą waleczną przeszłość. To wtedy zadam jedynie proste pytanie: To po co chcesz to ruszać?

Podsumowując:
„Galop '44” to powieść historyczna, zawierająca w sobie nutkę fantastyczną. Może nie jest ona zbyt dobrze skonstruowana, ale to nie ona grała tutaj pierwsze skrzypce. Książkę polecam wszystkim, którym nie jest straszna tematyka wojenna oraz są chętni, by poznać Powstanie Warszawskie na nowo!

Moja ocena: 
4+/5

Recenzja została zamieszczona na:
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka